recenzja filmu „Głos Pana” Ewa Krysiak

„Głos Pana” jest filmową rozprawą filozoficzną wpisaną w historię młodego mężczyzny, który szuka swojego dawno zaginionego ojca. Wykorzystuje przyjazd do Stanów Zjednoczonych, jako okazję do rozpoczęcia poszukiwań. Dzięki kilku przypadkom, poszukiwania zakończają się sukcesem, i wydaje się, że mogłoby po nim nastać bajkowe „i żyli długo i szczęśliwie”, pomimo, że bohater ponosi w trakcie poszukiwań osobiste straty. A jednak, o ile główny bohater, małymi krokami stara się rozumieć powody zniknięcia i świat ojca, to pozostawiony w rodzinnym kraju jego brat ciągle próbuje zrozumieć dlaczego ojciec znikł, i dla tego zrozumienia jest w stanie podjąć radykalne kroki. Akcja poprzedzielana jest scenami, które przeistaczają się z realizmu w kierunku realizmu magicznego, które można próbować zinterpretować, i doszukiwać się symboli, nawiązań, jak również po prostu podziwiać ich piękno. „Głos Pana” prowadzi Nas w nietypowe arkana filmowej narracji. Reżyser, tak jak Lem, którego powieść, stała się podstawą do nakręcenia filmu, pozostawia obszary nie do końca jasne i zrozumiałe. Gdyby przyjąć spojrzenie zgodne z tezą postawioną w filmie, należałoby spodziewać się, że u części z nas wywoła to chęć zniszczenia. Bo czyż rzeczy niejasne, nie przyprawiają nas o chęć wejścia w ich posiadanie, przez pełne zrozumienie, naukowe opisanie, przetłumaczenie i zmierzenie? A jeśli się nie uda, to ich zniszczenia? Nie da się przecież wykluczyć, że to czego nie rozumiemy nie jest niebezpieczne. I myślę, że część widzów dokładnie to zrobi – odrzuci film, gdyż zbyt wiele w nim scen niedających się uchwycić prostą zasadą przczynowo-skutkowej logiczności. Nie ma jednak piękniejszego i bardziej zuchwałego sposobu na przedstawienie prawdy o człowieku w filmie, wywołując u widza celowo pewne myśli i emocje, by następnie przyłapać go na gorącym uczynku i pokazać, że podziela on myśli i zachowania, których nie pochwala. Czytałam kilka powieści Lema, jednak nie miałam okazji zapoznać się z tytułową. I choć film opowiada w gruncie rzeczy inną historię (ta w filmie jest na wskroś współczesna), to jestem niemal pewna jakie wnioski wyciągnę gdy w końcu przeczytam „Głos Pana”. Jeśli moje przewidywania się sprawdzą to jest to najgenialniejsza filmowa interpretacja naszego polskiego mistrza sci-fi jaka istnieje. Warto obejrzeć ten film, by zadać sobie pytanie o to czym jest niezrozumiałość w naszym życiu i jak powinniśmy z nim postępować, a być może nawet sprawdzić siebie samych – czy jesteśmy w stanie zaakceptować to, że obok nas jest coś, czego nie rozumiemy? 

248 total views, no views today

recenzja filmu „Midsommar –w biały dzień” Małgorzata Stela

      Midsommar. W biały dzień to film produkcji USA, reżyserii Ariego Astera.

      Film gatunku horroru, w całości obdziera ten rodzaj filmu z jego dotychczasowych cech. W filmie nie zobaczymy sztucznie napędzanych wybuchów napięcia, wywołanych szybkim ruchem czy głośną muzyką.

       Akcja filmu jest szczegółowo przemyślana- reżyser niezauważalnie dawkuje napięcie. Zasiewa w widzu pozornie niewiele znaczące wątpliwości, które rozwiewa ukazując spokój i opanowanie dalszych bohaterów. Reżyser pięknymi obrazami umiejętnie wycisza czujność odbiorców, by w momencie kulminacyjnym przenieść ich w sam środek prawdziwego horroru.

 Fabuła filmu jest teoretycznie prosta:

 Główna bohaterka przeżywa wielką tragedię, która silnie wpływa na jej życie i relacje z partnerem. O ich dalszych losach przesadzi wyjazd do małej szwedzkiej wioski-mocno zakorzenionej w tamtejszej tradycji.

 Szkic głównej bohaterki stanowi opis ludzkiej podatności na zewnętrzne manipulacje w chwilach trudnych. Samotność, poszukiwanie odpowiedzi na pytania natury moralnej, wewnętrzne lęki … To wszystko niknie, gdy pojawi się ktoś ukazujący zainteresowanie. Tak też jest w tej historii. Ciepłe słowo, kojący głos, delikatny dotyk czy mały prezent od serca w dniu urodzin…W jednej chwili ludzkie granice wyznaczone są na nowo. Dani powoli porzuca to co pewne i oddaje się temu co nowe, zaglusza przy tym swoje lęki i wątpliwości. Ignoruje przeczucia. W lekkiej i delikatnej niewiedzy poddaje sie manipulacji, która doprowadza do najwspanialszego i najstraszniejszego horroru zycia. Manipulacja zmysłów przedstawiona w filmie sprawia, ze widz znajduje się w szczelnie otoczonym labiryncie, z którego nie sposób się wydostać. Widz przeżywa piękne sceny i nie może odciac się od ich interpretacji czy złapać rownomiernego oddechu. Razem z bohaterką godzi się na przekraczanie nowych granic. Film przyczepia się do myśli, rozgaszcza się w pamięci i zmusza do otwierania nowych drzwi interpretacji. Świat przedstawiony wydaje się być cudowny, w imię traducji godzimy się na ukazane w nim niesprawiedlowosci.

 Midsommar w biały dzień to niewątpliwie zmysłowa manipulacja obrazu, dźwięku i wartości. Wielokrotnie poddawałam film analizie-zarówno zaraz po obejrzeniu jak i po kilku tygodniach. Jedno przemyślenie jest niezmienne: Midsommar to nie film. To dzieło. Dzieło do którego chce się wracać i przeżywać je wielokrotnie. Polecam!

 

 

249 total views, no views today

recenzja filmu „Midsommar –w biały dzień” Pola Krzesiak

„Midsommar –w biały dzień”,czyli groza czai się w promieniach słońca

Grupa  amerykańskich studentówwyjeżdża do   Szwecji na folkowy festiwal związany z przesileniem letnim.Zapowiada się dobra zabawa, czas relaksu i nowych doznań.Jednak w filmach Ariego Astera efekt końcowy przerasta oczekiwania. Dotyczy to także„Midsommar–w biały dzień”.Reżyser wprowadza  widza  w opowieść dosyć powoli. Z jednej strony skupia się głównej bohaterce Dani (świetna Florence Pugh), a z drugiej przedstawia ją oczyma grupy przyjaciół, do której należy jej chłopak Christian (Jack Reynor), planujący zakończenie ich czteroletniego związku.Dzięki temu ciekawemu zabiegowi widz jednocześnie utożsamia się z Dani oraz patrzy na nią z zewnątrz i ją ocenia. Dani doświadcza tragedii i przeżywa żałobę, więc Christian odkłada rozstanie i proponuje  jej wspólny wyjazd na festiwal do Szwecji, zachwalany przez jednego z przyjaciół chłopaka, Pellego (Vilhelm Blomgren). Grupa dociera na miejsce, na pięknej łące w złocistych promieniach słońca bierze pierwsze narkotyki i korzysta z uroków szwedzkiego lata. Tak zaczyna się zabawa.Pierwszy   akt   filmu   to   w   zasadzie   obyczajowy   dramat   o   interpersonalnych   relacjach, związkowych napięcia i osobistych tragediach. Jednak pomimo tragicznego wydarzenia będącego centralnym  punktem  tej  części,  całość  rozgrywa  się  w  znajomych,  codziennych  realiach.  Bary, mieszkania,  domy  bohaterów  to  typowe  zachodnie  wnętrza. Miasta  stanowią  tło  wydarzeń. Kolorystyka oscyluje wokół brązów i szarości. Bohaterowie wyglądają jak przeciętni amerykańscy studenci. Tarcia, konflikty i problemy są zrozumiałe i łatwe do wyobrażenia. Niepokój co prawda narasta za sprawą tragedii Dani, jednak obudowany dużą dozą humoru i zwykłej codzienności pozostaje w  ukryciu.To wszystko zmienia się w Szwecji. Bohaterowie docierają na miejsce festiwalu izalewa ich słońce i ciepłe, pastelowe barwy. Do tego wszechobecna natura, a w szczególności kwiaty sprawiają wrażenie, jakby bohaterowie znaleźli się w mitycznej krainie szczęścia, we współczesnym ogrodzie Eden. Folklorystyczny klimat i sielskość szwedzkiej wioski wyrażona jest za pomocą wielu współgrających ze sobą elementów –mieszkańcy wioski wyglądają, jakby zatrzymali się w XVI wieku; noszą  jasne,  haftowane  w  kwiatowe  wzory  stroje;  zajmują  się  rolą,  gotowaniem,  szyciemizbieractwem; wszystkie budynki są drewnianei ozdobione dziwnymi malowidłami i starodawnymi runami. Mieszkańcy wioski tworzą swoistą komunę, zamkniętą w swoim czasie i w swojej kulturze, do której dają dostęp nielicznym „szczęściarzom” zaproszonym przez młodych członków społeczności. I to właśnie w tym pastelowym, wręcz jaśniejącym otoczeniu reżyser zaczyna budować prawdziwą grozę. Niby wszystko jest w porządku, niby nic się nie dzieje, niby każde dziwne zachowanie można wytłumaczyć odmiennością kulturową i panującymi w wiosce tradycjami, ale gdy zaczynają znikać ludzie przerażenie dosięga wszystkich bohaterów.Jednocześnie dramat rozpadającego się związku Dani i Christiana oraz poszczególne konflikty między innymi bohaterami nie ustają, a wręcz nasilają się. Przyjacielecoraz bardziej oddalają się od siebie i każdy przeżywa wydarzenia festiwalowe osobno i w inny sposób, zwracając uwagę na różne elementy, co tylko potęguje strach. Zatem oprócz jawnie przerażających obrzędów mieszkańców wioski widz doświadcza poszczególnych dramatów każdego bohatera, a w szczególności rosnące jsamotności i przerażenia Dani, a także jej żałoby. Jednak trudno tu mówić o typowej grozie horroru, bowiem reżyser dodaje do tej już oszałamiającej mieszanki humor. Przełamuje strach absurdem niektórych scen i humorystycznymi komentarzami bohaterów, a także rozgrywkami między nimi. Narastające napięcie i groza krwawych momentów są przerywane komicznymi wstawkami. I chociaż wydawać by się mogło, że zabieg ten zabije atmosferę horroru, to wręcz przeciwnie –zostaje ona wyraźnie podbudowana. Warto tu zaznaczyć, że część absurdu wynika z groteskowej fizyczności niektórych obrzędów –nagich ciach kiwających się do rytmu, dziwacznych tańców, okrzyków, jęków i min. Cielesność jest tu bardzo ważnym czynnikiem, to ciałem i gestami mieszkańcy wioski uczestniczą w obrzędach i komunikują się z przyjezdnymi, to ciałem Dani przeżywa swoje  emocje,  zdeformowane ciało wioskowego dziecka obrazu jej nienormalność całej społeczności. Wreszcie to ciała i dokonywane na nich zabiegi potęgują napięcie i lęk, który dosięga widza pomiędzy groteską zdarzeń. W „Midsommar” widz staje się kolejnym obserwatorem obcych, dziwnych i w końcu groźnych celebracji szwedzkiej wioski. Wydarzenia rozwijają się powoli, napięcie rośnie i spada, absurd i groteska pojawiają się i ustępują miejsca grozie. Punktów kulminacyjnych jest wiele, a pomimo klasycznego motywu z horrorów, czyli kolejnego znikania bohaterów, nic tu nie jest klasyczne. Reżyser bawi się percepcją widza do tego stopnia, że w niektórych scenach wprowadza silne falowanie i deformacje tła, które mogą być obrazowaniem sposobu widzenia bohaterów po narkotycznych, ziołowych napojach lub zaznaczenie monirycznego charakteru wydarzeń. Również długość filmu wpływa na postrzeganie widza –z każdą minutą drugiego aktu, który coraz bardziej przybliża doświadczanie rzeczywistości przez Dani, widz coraz bardziej wchodzi w ten świat, coraz więcej w nim rozumie lub ignoruje, coraz mniej przestaje mu przeszkadzać. Nic tu nie jest oczywiste, nic nie jest do końca pewne, wszystko wygląda jak z idyllicznego snu pomieszanego z koszmarem. Podsumowując, „Midsommar” Ariego Astera to dzieło wykraczające poza jeden gatunek filmowy, splatające ze sobą kontrasty, zmuszające widza do zatopienia się w filmie całym sobą. Opowieść snuta przez reżysera dotyka jednocześnie takich kwestii jak żałoba, zdrada, rozpad związku czy samotność, jak i szaleństwo, potrzeba  akceptacji  i  tolerancja. Groza absurdalnej rzeczywistości przeplata się z grozą zupełnie ludzkich, codziennych, normalnych problemów, co tylko potęguje wydźwięk filmu. Przeżywanie filmu przypomina zatapianie się w halucynogennym transie. Otrząśnięcie się z niego może nie być takie proste

259 total views, no views today