Recenzja filmu „Niedosyt” Autorka: Agnieszka Michalak

„Niedosyt”  Agnieszka Michalak

18 dni na planie zdjęciowym w przypadku filmu pt. „ Niedosyt” wystarczy, aby przedstawić widzom przejmującą historię.

Film rozpoczyna się krwawą sceną uboju młodego baranka a drugi kadr pokazuje scenę degustacji pysznej jagnięciny podawanej na rodzinnej kolacji. Twórca scenariusza i reżyser w jednej osobie Carlo- Mirabella Davis stawia tym samym początkowe pytanie: „ Czy warto zgładzić siebie aby stać się smakowitym kąskiem dla innych?”

Pytanie Davisa wpisuje się w ogólny aspekt współczesnego modelu życia pod nazwą Konsumpcjonizmu, w związku z czym możemy postawić pytanie ogólne:

„ Mieć czy Być?”.

Carlo, pomimo, że jest to jego pełnometrażowy debiut, w perfekcyjny sposób dobiera środki artystycznego wyrazu, starając się zaintrygować widza i poruszyć jego emocjami. Nie można po filmie ot tak po prostu wyjść z kina nie zastanawiając się nad jego sednem.

Nie ma w tym dziele nic przypadkowego, każde ujęcie kamery oddaje klimat przeżyć głównej bohaterki. Grają tutaj nie tylko aktorzy, ale odpowiednio dobrane kolory, muzyka i plenery. Rolę Hunter powierzono Haley Bennett, która z wielkim kunsztem aktorskim w wyrazisty sposób potrafi nie tylko zainteresować widza swoją historią, ale też skłonić do refleksji.

Opowieść o niewykształconej dziewczynie, wychowanej w rolniczej niedużej  miejscowości, która na swojej drodze spotyka przystojnego bogatego mężczyznę i wychodzi za niego za mąż, jest niewątpliwie spełnieniem marzeń wielu kobiet. Ten popularny wątek, opisywany od wieków przez wielu twórców i bajkopisarzy, nie wydaje się w przypadku „ Niedosytu” czymś banalnym. Wręcz przeciwnie, nadaje tej historii wymiar jeszcze bardziej kontrowersyjny. Poruszany jest aspekt „ coś za coś” jakże szeroko obowiązujący w każdych czasach życia człowieka.

Hunter, po ślubie, zamieszkuje w podarowanym przez teściów, pięknym szklanym domu z basenem. Posiada mnóstwo dóbr materialnych niedostępnych dla większości społeczeństwa i ….. tutaj powinien być koniec opowieści pt. „ i żyli długo i szczęśliwie”.

Czy tak jest w przypadku Hunter? Piękny dom z basenem jest szerokim tłem do wyeksponowania jej tragedii.

Davis, pisząc scenariusz, buduje historię bohaterki w oparciu o jedną z chorób zespołu łaknienia zwaną PICA. Dobór choroby w tej opowieści posiada różne wymiary. Pokazuje, nie tylko jak stres, może być odreagowywano w sposób samookaleczenia poprzez połykanie niejadalnych przedmiotów, jak brak poczucia bezpieczeństwa i miłości może unicestwić człowieka, ale ma też w tym konkretnym przypadku, wymiar metafory.

Połykając niejadalne przedmioty można połknąć rozkruszony na kawałki szklany dom- własną bajkę, gdzie Hunter czuje się niedoskonała.

Zauważmy, że przypadłość głównej bohaterki w pierwszej fazie choroby, jest pokazana w scenie, kiedy Hunter przebywa z mężem i teściami na kolacji w wykwintnej restauracji. Jest zaproszona, aby uczcić jej zajście w ciążę. Teściowie są przekonani, że synowa obdarzy ich potomkiem, który będzie w przyszłości zarządzał rodzinną firmą i fortuna pozostanie w tych samych rękach. Bohaterka sięga tutaj do szklanki z lodem i z przyjemnością rozgryza kostki lodu. Dlaczego? Jest jedno chorobowe wyjaśnienie, ale twórca filmu wskazuje nam inną puentę.

W filmie obserwujemy bowiem historię zamkniętą bohaterki, dlatego początkowe wątki ewoluują, przechodząc różne etapy, aby domknąć się w finale opowieści. Możemy wówczas obserwować przemianę osobowościową głównej bohaterki poprzez pryzmat akcji filmu. Obserwacja jednostki uwikłanej w syndrom ofiary psychicznej, mającej dużo siły, żeby się z tego wyzwolić.

Patrząc na postawy uległości i dominacji w relacjach, kiedy cierpienie i strach miesza się z przyjemnością, zauważamy jak role mogą się nagle odwrócić. Jak cienka jest granica między strachem a przyjemnością, pomimo, że wektory tych stanów odpychają się.

Zakończenie filmu jest dla wielu zaskakujące. Odnosi się do współczesnego tematu aborcji, poruszanego w wielu krajach, w kontekście moralności człowieka.

W ostatnich scenach główna bohaterka łyka tabletki poronne. Czy to przypadek, że znów połykanie? Dla wielu będzie to bardzo naganne zachowanie, ale inni zobaczą w tym akcie, pozbycie się brzemienia związanego z etapem życia, o którym Hunter woli zapomnieć. Nie chce zostawiać niczego ( w tym przypadku nikogo) przypominającego jej bajkowe więzienie. Pragnie wejść czysta i wolna do kolejnego etapu życia. Z autopsji wie, jak czuje się dziecko poczęte z aktu przemocy fizycznej, która nie wiele różni się od przemocy psychicznej.

Historia przedstawiona przez Carlo- Mirabella Davisa pokazuje, że współczesna epoka nie potrzebuje już, od twórców kina, dużej ilości statystów, aktorów, wielu plenerów i długo trwających zdjęć aby pokazać wojnę-wewnętrzną walkę, przed jaką coraz częściej staje współczesny człowiek w obronie siebie.

Czyż osobisty wymiar wojny nie jest największą walką człowieka?

Walką o przetrwanie pełnowartościowej jednostki wzmocnionej akceptacją społeczną i bezwarunkową miłością- kluczowymi pozamaterialnymi wartościami, wzmacniającymi człowieka i będącymi spoiwem do budowania lepszego świata?

 

 45 total views

Recenzja filmu „Szarlatan” Autor: Mateusz Michalak

Każdy komu filmografia Holland nie jest obca, ten wie, że kino moralnego niepokoju to coś, w czym reżyserka czuje się dobrze. Ludzie zaznajomieni natomiast z jej życiorysem, dostrzegają jak silne piętno odcisnęła na niej nowa fala filmu czechosłowackiego, skupiająca się tak często na wypaczeniu moralności wśród ludzi młodych.  W „Szarlatanie” możemy dostrzec tę inspirację.

Wybierając się do kina na seans najnowszego dzieła polskiej reżyserki, nie wiedziałem o filmie absolutnie nic. Produkcja i powstawanie tego filmu umknęły mojej uwadze, natomiast gdy zaczęła się jego promocja, celowo unikałem wszelkich informacji, aby obejrzeć te dzieło z absolutnie czystym umysłem.

Fabuła filmu jest historią Jana Mikoláška – co ciekawe granego przez zarówno ojca, jak i syna, ponieważ wcielają się w niego świetni Ivan i Josef Trojanowie, w zależności od czasów które widzimy na ekranie – postaci prawdziwej i dość kontrowersyjnej.  Jana Mikolášek był zielarzem, człowiekiem który w oczach wielu był szarlatanem, dla innych niemalże cudotwórcą – na podstawie oględzin moczu chorego, wiedział co mu dolega i jakie leczenie zastosować. Leczył wszystkich : od biedoty, poprzez nazistów i komunistów, po najważniejszych urzędników, jakim bez wątpienia był Antonín Zápotocký, prezydent Czechosłowacji, pod którego protekcją Jan się znajdował.

Film rozpoczyna się u schyłka szczytu kariery Mikoláška – mimo iż szkalowany w mediach, jednak nadal leczy on ludzi, a przed jego gabinetem stoją gigantyczne kolejki. Choć umierający na samym wstępie filmu Zápotocký zwiastuje już nadchodzące kłopoty Jana, długo jeszcze obserwujemy go jako człowieka społecznego zaufania.

No właśnie – człowieka. Film nie jest pomnikiem dla jego owianej legendą postaci. Nie jest również filmem politycznym, choć niewątpliwie nie dało się uciec od realiów tamtejszych czasów, ani od sytuacji w której pionkiem stał się tytułowy szarlatan. Mimo wszystko czujemy że oglądamy przede wszystkim historię człowieka, że taki jest główny zamysł tego dzieła. Widzimy Jana, mężczyznę pełnego sprzeczności, przez to tak ludzkiego, pełnego wad i cech godnych poszanowania. Dość szybko widz rozumie że protagonista jest uczciwy i dobry – samemu sponsorując na przykład wakacje nad morzem dla młodego pacjenta. W tym samym czasie widzimy również (dość prędko niestety ucięty i niezgłębiony) wątek siostry, którą Jan chętnie poniżał.

Cechy te, zarówno te pozytywne, jak i te negatywne, uwypuklają się z każdą minutą. Jan czasami jest wręcz odpychający, namawia do złych czynów, innym razem widzimy jak wielkie brzemię niesie, jak bardzo pragnie pomagać. Holland stąpała po bardzo cienkiej linii tworząc jego filmową postać – jest dwuznaczny, ale nie przesadzony, wszystko ze sobą współgra i tworzy obraz człowieka z krwi i kości, co jest siłą tego filmu.

Podobnie działają udźwiękowienie czy obraz – gwarantuję że po wyjściu z kina nie zostanie wam w głowie żaden motyw muzyczny, żadne genialnie wykadrowana scena – nie dla tego że zostały stworzone nieudolnie – wręcz przeciwnie, nie wybijają z rytmu, są bardzo intymne, tworzą swego tło po którym suną główni aktorzy, oddając im całkowicie scenę i pozwalają im wziąć na barki całą uwagę widza.

Najnowszy film Agnieszki Holland jest zjawiskiem ciekawym – to jest po prostu dobry film. Czy jest to film który zapamiętam na całe życie, który polecę komuś sam z siebie kilka lat innej osobie? Wątpię. Czy jest to film, na którego seans w kinie bym obecnie polecił się wybrać? Jak najbardziej. Czuję jednak że bardziej aniżeli ciekawą biografią, czy udanym dziełem kinematograficznym, „Szarlatan” będzie dla osób wrażliwym doświadczeniem, trochę ulotnym, niczym zapach ziół, które Mikolášek tak bardzo uwielbiał.

 39 total views,  1 views today

Recenzja filmu „Niedosyt” Autorka: Ewelina Stokowska

Film”Niedosyt” to niezwykle zaskakująca i mroczna wędrówka w skomplikowane czeluścia psychiki kobiety, wędrówka będąca kompilacją wielu wydarzeń, mająca swoją puentę będącą wspaniałym zwycięstwem nad różnymi uczuciami targającymi młodą kobietą i niezwykłą opowieścią o samostanowieniu. FIlm opowiada o kobiecie, która apogeum swoich pragnień odnajduje w tępym delektowaniu się przeróżnymi przedmiotami- im bardziej ostry, niespotykany pod względem faktury, smaku,nieprzewidujący- tym gaszący, tłumiący coraz to bardziej bolesne odczucia i traumatyczne zdarzenia z dzieciństwa kobiety.

Opowieść smutna,refleksyjna, nieprzewidująca i zaskakująca. Pokrzepiająca, że każdej życiowej noweli, możemy nadać zupełnie inny bieg…należy tylko zdobyć w sobie siłę i zdecydowanie na zmiany.

 45 total views,  1 views today

recenzja filmu „Głos Pana” Ewa Krysiak

„Głos Pana” jest filmową rozprawą filozoficzną wpisaną w historię młodego mężczyzny, który szuka swojego dawno zaginionego ojca. Wykorzystuje przyjazd do Stanów Zjednoczonych, jako okazję do rozpoczęcia poszukiwań. Dzięki kilku przypadkom, poszukiwania zakończają się sukcesem, i wydaje się, że mogłoby po nim nastać bajkowe „i żyli długo i szczęśliwie”, pomimo, że bohater ponosi w trakcie poszukiwań osobiste straty. A jednak, o ile główny bohater, małymi krokami stara się rozumieć powody zniknięcia i świat ojca, to pozostawiony w rodzinnym kraju jego brat ciągle próbuje zrozumieć dlaczego ojciec znikł, i dla tego zrozumienia jest w stanie podjąć radykalne kroki. Akcja poprzedzielana jest scenami, które przeistaczają się z realizmu w kierunku realizmu magicznego, które można próbować zinterpretować, i doszukiwać się symboli, nawiązań, jak również po prostu podziwiać ich piękno. „Głos Pana” prowadzi Nas w nietypowe arkana filmowej narracji. Reżyser, tak jak Lem, którego powieść, stała się podstawą do nakręcenia filmu, pozostawia obszary nie do końca jasne i zrozumiałe. Gdyby przyjąć spojrzenie zgodne z tezą postawioną w filmie, należałoby spodziewać się, że u części z nas wywoła to chęć zniszczenia. Bo czyż rzeczy niejasne, nie przyprawiają nas o chęć wejścia w ich posiadanie, przez pełne zrozumienie, naukowe opisanie, przetłumaczenie i zmierzenie? A jeśli się nie uda, to ich zniszczenia? Nie da się przecież wykluczyć, że to czego nie rozumiemy nie jest niebezpieczne. I myślę, że część widzów dokładnie to zrobi – odrzuci film, gdyż zbyt wiele w nim scen niedających się uchwycić prostą zasadą przczynowo-skutkowej logiczności. Nie ma jednak piękniejszego i bardziej zuchwałego sposobu na przedstawienie prawdy o człowieku w filmie, wywołując u widza celowo pewne myśli i emocje, by następnie przyłapać go na gorącym uczynku i pokazać, że podziela on myśli i zachowania, których nie pochwala. Czytałam kilka powieści Lema, jednak nie miałam okazji zapoznać się z tytułową. I choć film opowiada w gruncie rzeczy inną historię (ta w filmie jest na wskroś współczesna), to jestem niemal pewna jakie wnioski wyciągnę gdy w końcu przeczytam „Głos Pana”. Jeśli moje przewidywania się sprawdzą to jest to najgenialniejsza filmowa interpretacja naszego polskiego mistrza sci-fi jaka istnieje. Warto obejrzeć ten film, by zadać sobie pytanie o to czym jest niezrozumiałość w naszym życiu i jak powinniśmy z nim postępować, a być może nawet sprawdzić siebie samych – czy jesteśmy w stanie zaakceptować to, że obok nas jest coś, czego nie rozumiemy? 

 563 total views

recenzja filmu „Midsommar –w biały dzień” Małgorzata Stela

      Midsommar. W biały dzień to film produkcji USA, reżyserii Ariego Astera.

      Film gatunku horroru, w całości obdziera ten rodzaj filmu z jego dotychczasowych cech. W filmie nie zobaczymy sztucznie napędzanych wybuchów napięcia, wywołanych szybkim ruchem czy głośną muzyką.

       Akcja filmu jest szczegółowo przemyślana- reżyser niezauważalnie dawkuje napięcie. Zasiewa w widzu pozornie niewiele znaczące wątpliwości, które rozwiewa ukazując spokój i opanowanie dalszych bohaterów. Reżyser pięknymi obrazami umiejętnie wycisza czujność odbiorców, by w momencie kulminacyjnym przenieść ich w sam środek prawdziwego horroru.

 Fabuła filmu jest teoretycznie prosta:

 Główna bohaterka przeżywa wielką tragedię, która silnie wpływa na jej życie i relacje z partnerem. O ich dalszych losach przesadzi wyjazd do małej szwedzkiej wioski-mocno zakorzenionej w tamtejszej tradycji.

 Szkic głównej bohaterki stanowi opis ludzkiej podatności na zewnętrzne manipulacje w chwilach trudnych. Samotność, poszukiwanie odpowiedzi na pytania natury moralnej, wewnętrzne lęki … To wszystko niknie, gdy pojawi się ktoś ukazujący zainteresowanie. Tak też jest w tej historii. Ciepłe słowo, kojący głos, delikatny dotyk czy mały prezent od serca w dniu urodzin…W jednej chwili ludzkie granice wyznaczone są na nowo. Dani powoli porzuca to co pewne i oddaje się temu co nowe, zaglusza przy tym swoje lęki i wątpliwości. Ignoruje przeczucia. W lekkiej i delikatnej niewiedzy poddaje sie manipulacji, która doprowadza do najwspanialszego i najstraszniejszego horroru zycia. Manipulacja zmysłów przedstawiona w filmie sprawia, ze widz znajduje się w szczelnie otoczonym labiryncie, z którego nie sposób się wydostać. Widz przeżywa piękne sceny i nie może odciac się od ich interpretacji czy złapać rownomiernego oddechu. Razem z bohaterką godzi się na przekraczanie nowych granic. Film przyczepia się do myśli, rozgaszcza się w pamięci i zmusza do otwierania nowych drzwi interpretacji. Świat przedstawiony wydaje się być cudowny, w imię traducji godzimy się na ukazane w nim niesprawiedlowosci.

 Midsommar w biały dzień to niewątpliwie zmysłowa manipulacja obrazu, dźwięku i wartości. Wielokrotnie poddawałam film analizie-zarówno zaraz po obejrzeniu jak i po kilku tygodniach. Jedno przemyślenie jest niezmienne: Midsommar to nie film. To dzieło. Dzieło do którego chce się wracać i przeżywać je wielokrotnie. Polecam!

 

 

 569 total views

recenzja filmu „Midsommar –w biały dzień” Pola Krzesiak

„Midsommar –w biały dzień”,czyli groza czai się w promieniach słońca

Grupa  amerykańskich studentówwyjeżdża do   Szwecji na folkowy festiwal związany z przesileniem letnim.Zapowiada się dobra zabawa, czas relaksu i nowych doznań.Jednak w filmach Ariego Astera efekt końcowy przerasta oczekiwania. Dotyczy to także„Midsommar–w biały dzień”.Reżyser wprowadza  widza  w opowieść dosyć powoli. Z jednej strony skupia się głównej bohaterce Dani (świetna Florence Pugh), a z drugiej przedstawia ją oczyma grupy przyjaciół, do której należy jej chłopak Christian (Jack Reynor), planujący zakończenie ich czteroletniego związku.Dzięki temu ciekawemu zabiegowi widz jednocześnie utożsamia się z Dani oraz patrzy na nią z zewnątrz i ją ocenia. Dani doświadcza tragedii i przeżywa żałobę, więc Christian odkłada rozstanie i proponuje  jej wspólny wyjazd na festiwal do Szwecji, zachwalany przez jednego z przyjaciół chłopaka, Pellego (Vilhelm Blomgren). Grupa dociera na miejsce, na pięknej łące w złocistych promieniach słońca bierze pierwsze narkotyki i korzysta z uroków szwedzkiego lata. Tak zaczyna się zabawa.Pierwszy   akt   filmu   to   w   zasadzie   obyczajowy   dramat   o   interpersonalnych   relacjach, związkowych napięcia i osobistych tragediach. Jednak pomimo tragicznego wydarzenia będącego centralnym  punktem  tej  części,  całość  rozgrywa  się  w  znajomych,  codziennych  realiach.  Bary, mieszkania,  domy  bohaterów  to  typowe  zachodnie  wnętrza. Miasta  stanowią  tło  wydarzeń. Kolorystyka oscyluje wokół brązów i szarości. Bohaterowie wyglądają jak przeciętni amerykańscy studenci. Tarcia, konflikty i problemy są zrozumiałe i łatwe do wyobrażenia. Niepokój co prawda narasta za sprawą tragedii Dani, jednak obudowany dużą dozą humoru i zwykłej codzienności pozostaje w  ukryciu.To wszystko zmienia się w Szwecji. Bohaterowie docierają na miejsce festiwalu izalewa ich słońce i ciepłe, pastelowe barwy. Do tego wszechobecna natura, a w szczególności kwiaty sprawiają wrażenie, jakby bohaterowie znaleźli się w mitycznej krainie szczęścia, we współczesnym ogrodzie Eden. Folklorystyczny klimat i sielskość szwedzkiej wioski wyrażona jest za pomocą wielu współgrających ze sobą elementów –mieszkańcy wioski wyglądają, jakby zatrzymali się w XVI wieku; noszą  jasne,  haftowane  w  kwiatowe  wzory  stroje;  zajmują  się  rolą,  gotowaniem,  szyciemizbieractwem; wszystkie budynki są drewnianei ozdobione dziwnymi malowidłami i starodawnymi runami. Mieszkańcy wioski tworzą swoistą komunę, zamkniętą w swoim czasie i w swojej kulturze, do której dają dostęp nielicznym „szczęściarzom” zaproszonym przez młodych członków społeczności. I to właśnie w tym pastelowym, wręcz jaśniejącym otoczeniu reżyser zaczyna budować prawdziwą grozę. Niby wszystko jest w porządku, niby nic się nie dzieje, niby każde dziwne zachowanie można wytłumaczyć odmiennością kulturową i panującymi w wiosce tradycjami, ale gdy zaczynają znikać ludzie przerażenie dosięga wszystkich bohaterów.Jednocześnie dramat rozpadającego się związku Dani i Christiana oraz poszczególne konflikty między innymi bohaterami nie ustają, a wręcz nasilają się. Przyjacielecoraz bardziej oddalają się od siebie i każdy przeżywa wydarzenia festiwalowe osobno i w inny sposób, zwracając uwagę na różne elementy, co tylko potęguje strach. Zatem oprócz jawnie przerażających obrzędów mieszkańców wioski widz doświadcza poszczególnych dramatów każdego bohatera, a w szczególności rosnące jsamotności i przerażenia Dani, a także jej żałoby. Jednak trudno tu mówić o typowej grozie horroru, bowiem reżyser dodaje do tej już oszałamiającej mieszanki humor. Przełamuje strach absurdem niektórych scen i humorystycznymi komentarzami bohaterów, a także rozgrywkami między nimi. Narastające napięcie i groza krwawych momentów są przerywane komicznymi wstawkami. I chociaż wydawać by się mogło, że zabieg ten zabije atmosferę horroru, to wręcz przeciwnie –zostaje ona wyraźnie podbudowana. Warto tu zaznaczyć, że część absurdu wynika z groteskowej fizyczności niektórych obrzędów –nagich ciach kiwających się do rytmu, dziwacznych tańców, okrzyków, jęków i min. Cielesność jest tu bardzo ważnym czynnikiem, to ciałem i gestami mieszkańcy wioski uczestniczą w obrzędach i komunikują się z przyjezdnymi, to ciałem Dani przeżywa swoje  emocje,  zdeformowane ciało wioskowego dziecka obrazu jej nienormalność całej społeczności. Wreszcie to ciała i dokonywane na nich zabiegi potęgują napięcie i lęk, który dosięga widza pomiędzy groteską zdarzeń. W „Midsommar” widz staje się kolejnym obserwatorem obcych, dziwnych i w końcu groźnych celebracji szwedzkiej wioski. Wydarzenia rozwijają się powoli, napięcie rośnie i spada, absurd i groteska pojawiają się i ustępują miejsca grozie. Punktów kulminacyjnych jest wiele, a pomimo klasycznego motywu z horrorów, czyli kolejnego znikania bohaterów, nic tu nie jest klasyczne. Reżyser bawi się percepcją widza do tego stopnia, że w niektórych scenach wprowadza silne falowanie i deformacje tła, które mogą być obrazowaniem sposobu widzenia bohaterów po narkotycznych, ziołowych napojach lub zaznaczenie monirycznego charakteru wydarzeń. Również długość filmu wpływa na postrzeganie widza –z każdą minutą drugiego aktu, który coraz bardziej przybliża doświadczanie rzeczywistości przez Dani, widz coraz bardziej wchodzi w ten świat, coraz więcej w nim rozumie lub ignoruje, coraz mniej przestaje mu przeszkadzać. Nic tu nie jest oczywiste, nic nie jest do końca pewne, wszystko wygląda jak z idyllicznego snu pomieszanego z koszmarem. Podsumowując, „Midsommar” Ariego Astera to dzieło wykraczające poza jeden gatunek filmowy, splatające ze sobą kontrasty, zmuszające widza do zatopienia się w filmie całym sobą. Opowieść snuta przez reżysera dotyka jednocześnie takich kwestii jak żałoba, zdrada, rozpad związku czy samotność, jak i szaleństwo, potrzeba  akceptacji  i  tolerancja. Groza absurdalnej rzeczywistości przeplata się z grozą zupełnie ludzkich, codziennych, normalnych problemów, co tylko potęguje wydźwięk filmu. Przeżywanie filmu przypomina zatapianie się w halucynogennym transie. Otrząśnięcie się z niego może nie być takie proste

 604 total views