Recenzja filmu: „Fuga” Janusz Wróblewski

Otchłań
To świetnie skonstruowany thriller psychologiczny.
 

W tym filmie jest bergmanowska powaga, a także pewna zuchwałość w diagnozie sytuacji kobiet, którym wciąż wolno mniej. Mimo otwartych granic, dostępu do edukacji i przyspieszonej emancypacji ideał matki Polki odpowiedzialnej za dom, wychowanie dzieci i organizację życia rodzinnego wydaje się nie do podważenia. Silnie zakorzeniony w narodowej tradycji, akceptowany nie tylko przez mężczyzn, stanowi coś w rodzaju świętości, której naruszenie spotyka się z głębokim niezrozumieniem, a nawet potępieniem. W „Fudze” Agnieszka Smoczyńska, autorka skandalizujących „Córek dancingu”, mierzy się z tym mitem w przewrotny sposób. Jej bohaterka, dobrze sytuowana przykładna żona, gospodyni i matka wykonująca zawód nauczycielki geografii, nie ma właściwie powodów, by się zbuntować. Jest otoczona luksusem, oddanemu i kochającemu mężowi pozornie niczego zarzucić nie można, ich synkowi też. A jednak rodzina się rozpada.

Smoczyńska prowadzi narrację jakby od drugiej strony. Przyjmuje perspektywę czasu dokonanego, odkrywając stopniowo mroczne tajemnice związku. Po dwóch latach nieobecności bohaterka wraca do domu z rozpoznaną przez lekarzy specjalistów chorobą o nazwie fuga dysocjacyjna – nie pamięta, kim jest, nie poznaje bliskich, nie wie, co się wydarzyło w przeszłości. Ale powoli odzyskuje pamięć. Czy można kontynuować zerwane relacje na nowych warunkach? Czym są normy i role społeczne, którym podlegamy? Czy można zmienić tożsamość, wyrwać się z ograniczeń? Pytania stawiane przez reżyserkę oraz Gabrielę Muskałę, autorkę scenariusza (zarazem znakomitą odtwórczynię głównej roli), nie są odkrywcze ani nowe. Zadawali je Kieślowski, Antonioni i wielu innych. „Fuga” niesie jednak w sobie gorzką szczerość kobiecego spojrzenia. Jest filmem boleśnie prawdziwym, skłaniającym do niebanalnej refleksji, odważnym w analizowaniu nieoczywistych sytuacji. To świetnie skonstruowany thriller psychologiczny, jednocześnie niepokojąca w pełni dojrzała autorska wizja odmiennych światów: tego, jakim chcemy go widzieć, i rzeczywistości na krawędzi, za którą rozpościera się otchłań.

13,389 total views, 2 views today

Recenzja filmu: „Wyspa psów (Isle of Dogs)” Janusz Wróblewski

I love dogs
Autor zręcznie w zgodzie ze swoją wizją kina wpisuje historię rebelii przeciwko złej władzy i grożącej światu katastrofie ekologicznej w kontekst Dalekiego Wschodu.
 

Już w „Fantastycznym Panu Lisie” Wes Anderson udowodnił, że dość nieoczekiwana zmiana konwencji – z aktorskiej na poklatkową animację lalkową – bardzo mu służy, wyraźnie ożywia jego ekscentryczny świat, sprawiając przy tym sporo uciechy widzom. „Wyspa psów” jest drugim obrazem Andersona zrealizowanym w tej czasochłonnej technice (prace nad filmem trwały blisko trzy lata) i znów się opłaciło. Ta wzruszająca bajka o przygodach 12-letniego sieroty, próbującego z pomocą pięciu bezpańskich kundli odnaleźć zaginionego pupila, a przy okazji uratować miejscowe czworonogi przed grożącą im apokalipsą, zawiera wystarczającą dawkę emocji, absurdalnego humoru oraz wielu innych atrakcji, by zainteresować nie tylko dzieci. Anderson stylizuje bajkę na dystopijną opowieść rozgrywającą się w niedalekiej przyszłości w fikcyjnym Megasaki na wyspach japońskich. Miasto moloch jest rządzone przez skorumpowanego burmistrza, manipulującego opinią publiczną w celu przykrycia prześladowania (psiej) mniejszości. Zaskakujące jest tu przede wszystkim to, jak zręcznie i w zgodzie ze swoją autorską wizją kina Anderson wpisuje historię rebelii przeciwko złej władzy i grożącej światu katastrofie ekologicznej w kontekst Dalekiego Wschodu.

Nad „Wyspą psów” unosi się duch Akiry Kurosawy, nie tylko jako twórcy mrocznych opowieści o miejskiej dżungli („Zły śpi spokojnie”, „Niebo i piekło”), ale też samurajskich epopei z niezapomnianym Toshiro Mifune w roli przywódcy banitów. Sposób kadrowania przy samej ziemi nawiązuje do harmonijnych kompozycji Yasujirô Ozu. „Płaski” sposób prowadzenia narracji to ukłon w stronę tradycji teatru kabuki. Flesze z retrospekcjami, np. otwierająca film opowieść o udomowieniu dzikich psów, a potem zastąpieniu ich przez rzekomo zdrowsze, nieprzenoszące wirusów koty, to forma żartobliwego haiku. Fani anime też znajdą tu coś dla siebie. Najważniejsze, że natłok tych skojarzeń nie przytłacza nastrojowej, budzącej skojarzenia z „Okją”, westernowej fabuły i służy dobrej zabawie. W imię odwiecznej przyjaźni psów i ludzi.

463 total views, 3 views today

Recenzja filmu: „W ułamku sekundy” Janusz Wróblewski

Narodziny przemocy
Reżyser buduje napięcie jak w gatunkowym thrillerze, ale pointy poszczególnych scen prowadzą do nieoczywistych wniosków, układają się w ciąg coraz większych zaskoczeń.
 
 

Żyjemy w świecie stereotypów, łatwych podziałów na zło i dobro. Imigranci z południa wzbudzają irracjonalny lęk, kojarzą się z fundamentalistami. Brutalne ataki muzułmańskich radykałów wydają się groźniejsze od rasistowskich wybryków. Jesteśmy przekonani, że niemieckie sądy muszą być ostoją sprawiedliwości. Wierzymy, że białe kobiety są na ogół mniej szczęśliwe w związkach z partnerami reprezentującymi mentalnie i kulturowo obcy im świat. W świetnym sensacyjnym dramacie psychologicznym „W ułamku sekundy” wszystkie te banały zostają podważone. To cudzoziemcy mają powody, by obawiać się „prawdziwych” Niemców. Nie zradykalizowany odłam islamskich bojówkarzy, tylko doskonale zorganizowana międzynarodowa siatka neonazistów dokonuje w filmie zamachu bombowego, w wyniku którego ginie mąż i kilkuletni synek dobrze wykształconej Niemki z klasy średniej. Ukazane w migawkowych retrospekcjach tragicznie przerwane małżeństwo mogło stanowić wzór harmonijnej relacji, opartej na idealnym porozumieniu, bezgranicznym zaufaniu i miłości, mimo iż zamordowany był tureckim emigrantem zamieszanym niegdyś w handel narkotykami (za co siedział w więzieniu) i prowadził dobrze prosperujące biuro pomagające Kurdom. Obserwujemy ten świat „postawiony na głowie” z dystansem, oczami pogrążonej w żałobie wdowy przeżywającej piekło nierozliczonej zbrodni, na własnej skórze przekonującej się o nieskuteczności niemieckiego prawa.

Reżyser Fatih Akin („Głową w mur”, „Na krawędzi nieba”) buduje napięcie jak w gatunkowym thrillerze, ale pointy poszczególnych scen prowadzą do nieoczywistych wniosków, układają się w ciąg coraz większych zaskoczeń. Cały ciężar opowieści spoczywa na aktorskim talencie Diane Kruger („Troja”, „Bękarty wojny”), doskonale obrazującej stan bohaterki po utracie bliskich. W jej dynamicznej grze oddającej kolejne etapy żalu, szoku, rozpaczy, samotności, aż po gwałtowne pragnienie zemsty nie ma cienia fałszu. To przełomowa rola w jej karierze, za którą powinna otrzymać przynajmniej nominację do Oscara.

423 total views, 3 views today

Recenzja filmu: Martwe wody. Janusz Wróblewski

Kanibale w Calais
Dumont stroi się w piórka bliskiego nam Gombrowicza, lecz nie do każdego trafi ten rodzaj teatralizacji i komiksowego humoru.

 

Wielbiciele serialu kryminalnego „Mały Quinquin” Bruno Dumonta, oglądając jego najnowsze dzieło „Ma Loute” – surrealistyczno-operetkowy ni to horror, ni to antyromans – doszukają się zapewne wielu podobieństw. Francuski reżyser świetnie się poczuł w roli satyryka i wizjonera operującego czarnym humorem, żonglującego martwymi konwencjami, które układają się w zabawny, choć czasami nudnawy pastiszowy kalejdoskop. Tym razem jednak ta układanka absurdalnie udziwnionych scen tworzy mieszankę wybuchową rozsadzającą nie sam gatunek, tylko dobrze zakonserwowany mit o upadku ancien régime’u.
Co prawda rzecz dzieje się nie w czasach rewolucji francuskiej, tylko na początku XX w. w chłodnych, nadmorskich okolicach Calais, niemniej od początku wiadomo, że to odbicie w krzywym zwierciadle. Zdegenerowaną arystokrację parodiują francuskie gwiazdy: Fabrice Luchini, Juliette Binoche, Valeria Bruni Tedeschi, Jean-Luc Vincent, a nienawidzący ich lud charakterystyczni aktorzy amatorzy. Jedni i drudzy wyglądają na mocno stukniętych. Nie dość, że są ucharakteryzowani na figury woskowe z gabinetu osobliwości, to jeszcze prześcigają się w tikach, robieniu głupich min, a lud, czyli okoliczna biedota dorabiająca po godzinach przenoszeniem paniczów i hrabianek przez mokradła na własnych plecach, okazuje się kanibalami.
Przedstawiając groteskowo-nonsensowne bratanie się klas, zapowiadające upadek dawnego świata z opresyjno-zaściankową kulturą katolicką w tle, Dumont stroi się w piórka bliskiego nam Gombrowicza, lecz nie do każdego trafi ten rodzaj teatralizacji i komiksowego humoru. Pani siedząca obok na widowni co chwila kręciła głową ze zniecierpliwienia. Mnie widok lewitującej nad procesją arystokratki czy unoszącego się jak balonik nieporadnego komisarza policji zaskoczył i rozśmieszył.

436 total views, 3 views today

Recenzja filmu Klient. Janusz Wróblewski

Krótki film o wybaczaniu
Przenikliwy, prowokujący dramat.
 

Nagrodzony Oscarem (najlepszy nieanglojęzyczny film) thriller psychologiczny „Klient” Asghara Farhadiego to wielowarstwowa opowieść o wstydzie, upokorzeniu, zemście i dochodzeniu do prawdy w represyjnym społeczeństwie, w którym wypowiedzenie jej na głos prowadzi do jeszcze większych komplikacji. Temat, jak zwykle u autora „Rozstania”, mocno zakorzeniony w irańskiej rzeczywistości, potraktowany został bardzo uniwersalnie. Rzecz dotyczy m.in. tabuizowanej w kulturze islamu kwestii gwałtu (mężatka przyznająca się, że została zgwałcona, często sama automatycznie staje się oskarżoną). Ale też stosunku do cielesności i braku przyzwolenia na wystawianie na widok publiczny nagości; do kulturowych masek, za którymi ludzie skrywają swoje życie intymne, oraz tego, jak bardzo sztuka Taraneh Alidoosti jako Rana, młoda aktorka, i Shahab Hosseini w roli Emada, jej męża.zakłamuje rzeczywistość.

Historię młodej pięknej aktorki (Taraneh Alidoosti) napadniętej w wynajętym domu przez nieznanego sprawcę oglądamy oczami jej zazdrosnego męża (Shahab Hosseini) pracującego z nią w teatrze nad sceniczną adaptacją „Śmierci komiwojażera” Arthura Millera. Poturbowana, zhańbiona kobieta boi się zgłosić incydent na policję. Urażona męska duma każe mężczyźnie odnaleźć sprawcę i wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę. Film wyglądający z pozoru na klasyczną opowieść o głęboko wpisanej w kulturę Wschodu honorowej zemście okazuje się rychło filozoficzną medytacją nad wartościami w patriarchalnym modelu społeczeństwa poddawanego prawno-obyczajowej presji zakazów i nakazów, podmywanych i kwestionowanych w konfrontacji z kulturą Zachodu.

Przenikliwy, prowokujący dramat Farhadiego nie jest może tak doskonały jak „Rozstanie”, ale dorównuje mu pod względem mocy odziaływania na wyobraźnię i emocje. Świetne, dojrzałe kino przypominające nie tyle Hitchcocka, co bardziej „Krótki film o zabijaniu” Kieślowskiego, gdzie widz całym sercem stoi najpierw po stronie ofiar, a w finale role się odwracają.

767 total views, 4 views today

Recenzja filmu: To tylko koniec świata. Janusz Wróblewski

Bliscy nieznajomi
Film ma klasę, dobre tempo, czasami zanadto przyspieszające w rytm teledyskowo zmontowanych retrospekcji.
 

Szósta pozycja w imponującym dorobku Kanadyjczyka Xaviera Dolana – za miesiąc kończy dopiero 28 lat – przyniosła mu największy jak dotąd sukces. Adaptacja kameralnej sztuki teatralnej zmarłego na AIDS Jean-Luca Lagarce’a „To tylko koniec świata” zdobyła Grand Prix na ubiegłorocznym festiwalu w Cannes, zachwyceni krytycy pisali nawet, że w pełni zasłużyła na Złotą Palmę. Zapatrzony w siebie autor „Zabiłem moją matkę” i „Mamy” pozostaje wierny sobie, znów wszystko kręci się wokół piekła rodzinnego, homoseksualizmu, rozliczeń ze śmiercią na pierwszym planie. Ale film wydaje się zaledwie efektownym szkicem, wprawką zrealizowaną po to, by móc przyjrzeć się z bliska koncertowi w wykonaniu największych francuskich gwiazd: Vincenta Cassela, Marion Cotillard, Léi Seydoux oraz Nathalie Baye w roli ekscentrycznej, despotycznej matki, niepotrafiącej zapanować nad podziałami wśród bliskich.

Rzecz rozgrywa się w ciągu 24 godzin gdzieś na kanadyjskiej prowincji. Sławny trzydziestoparoletni pisarz (Gaspard Ulliel) wraca po 12 latach do rodziny, z którą nie utrzymywał żadnych kontaktów, z zamiarem wyznania, że jest śmiertelnie chory. Jak to zostanie przyjęte? Kto się szybciej otworzy, czy dojdzie do pojednania? Przy okazji spotkania wszyscy przeżywają oczywiście coś w rodzaju proustowskiej podróży do krainy dzieciństwa. Każdy na swój sposób samotny, zraniony, zazdrosny, z pretensjami o nie wiadomo co. Zamiast poważniejszej rozmowy odżywają zamiatane pod dywan urazy, kompleksy. Rodzina – uśpiony wulkan miłości i nienawiści, w każdej chwili gotowy eksplodować – okazuje się inna, niż się tego oczekuje. Zrozumienie, ciepło, mądre wyciągnięcie dłoni – nieosiągalne. Pewne, według autora sztuki i reżysera, wydaje się natomiast odrzucenie. Film ma klasę, dobre tempo, czasami zanadto przyspieszające w rytm teledyskowo zmontowanych retrospekcji. Subtelny, osobisty, żałobny tren. W filmografii Dolana znajdziemy jednak lepsze pozycje.

397 total views, 2 views today