Recenzja filmu: Toni Erdmann. Janusz Wróblewski

Pod maską bizneswoman
Najgłośniejsza w tym sezonie, obsypywana nagrodami komedia w zgrabny i dowcipny sposób przypominająca o tym, co człowiek w sobie tłumi, blokuje, ale też traci, gdy zanadto odrywa się od korzeni.
 

Na przykładzie wyziębionej relacji córki zołzy zatrudnionej w międzynarodowej korporacji naftowej i ojca emeryta, nauczyciela muzyki, próbującego ją wyzwolić z gorsetu narzuconych ról.

Kobieta (świetna Sandra Hüller) jest trzydziestoparoletnią menedżerką oddelegowaną do Bukaresztu, by wycisnąć ostatnie soki z gorszego sortu pracowników z zacofanej Europy Środkowo-Wschodniej. Arogancka, kłamie, manipuluje, zwalnia ludzi, udowadniając na każdym kroku, jak bardzo utożsamia się z maską wytrawnej, pozbawionej zasad bizneswoman. Ojciec – jej żywe przeciwieństwo (Peter Simonischek) – uwielbia prowokować i robić z siebie błazna, jak gdyby autokompromitacja poprzez zgrywanie wyluzowanego coacha nieudacznika leżała w jego naturze. Zderzenie tych skrajności stanowi główne źródło humoru.

Wygłupy ojca mają oczywiście wyraźny cel. Przeszkadzając córce w wypełnianiu zawodowej misji, obnażają jej ambicję, zależność od układów, jednocześnie rozbudzają tęsknotę za czymś, co dawno utraciła. Kobietę, która budziła litość, a nawet obrzydzenie (scena seksu z jej udziałem przejdzie do historii kina), nagle zaczyna się rozumieć i lubić. Wizualnie nie jest to żadne arcydzieło. Dobra telewizyjna robota w stylu reality show. Można się czepiać, że trwa zbyt długo, początek należałoby porządnie skrócić. Ale to wszystko przestaje się liczyć wobec autentyzmu i terapeutycznej mocy filmu. W sam raz dla cierpiących z powodu przepracowania, odczuwających obezwładniającą pustkę zawodowych kontaktów widzów, którzy panicznie unikają odpowiedzi na krępujące pytania w stylu: kim są, jak osiągnąć szczęście, co znaczy dom i rodzina? „Toni Erdmann” został kompletnie pominięty przez canneńskie jury, uhonorowany za to pięcioma Europejskimi Nagrodami Filmowymi. Czy dostanie Oscara, przekonamy się za miesiąc.

 

 2,430 total views

Recenzja filmu: Tancerka. Janusz Wróblewski

Tańcząca ze światłem
Film przedstawia trudną, bezkompromisową walkę o wyrażenie siebie w sposób odbiegający od przyjętych norm.
 

Debiut fabularny Stéphanie Di Giusto przypomina legendarną, choć nieco u nas zapomnianą postać Amerykanki Marie-Louise Fuller (1862–1928), zjawiskowej pionierki tańca nowoczesnego inspirującej paryską bohemę: malarzy, poetów, rzeźbiarzy, choreografów i filmowców, m.in. Toulouse-Lautreca, Kolomana Mosera, Stéphane’a Mallarmé oraz braci Lumière. Dzięki długim drewnianym drążkom przedłużającym ręce i metrom jedwabiu artystka przeobrażała się na scenie w abstrakcyjną figurę geometryczną, w ruchomą, wibrującą, secesyjną rzeźbę, zmieniającą kształt i barwę w zależności od oświetlenia. Nazywano to tańcem serpentynowym. Piorunujące wrażenie robi nawet dziś. Film przedstawia jej trudną, bezkompromisową walkę o wyrażenie siebie w sposób odbiegający od przyjętych norm. W rodzinnej Ameryce nie traktowano jej poważnie, nie znalazła zrozumienia; za to w stolicy Francji, gdzie regularnie pojawiała się na deskach Folies Bergère, zrobiła furorę.

Wbrew pozorom tonacja tej opowieści jest bardzo smutna. „Tancerka” to studium determinacji samotnej kobiety, emocjonalnie niespełnionej, wykorzystywanej przez innych; instynktu hamowanego zwątpieniem i niewiarą w atrakcyjność awangardowej sztuki, na co miało również wpływ spotkanie z Isadorą Duncan. Aktorsko jest to popis Stéphanie Sokolinski, popularnej piosenkarki występującej pod pseudonimem Soko, rewelacyjnie radzącej sobie w roli cierpiącej, zbuntowanej, modernistycznej performerki.

 2,100 total views,  1 views today

Recenzja filmu: „Egzamin”. Janusz Wróblewski

Społeczny film sensacyjny
Świetny, przemawiający do wyobraźni obraz chaosu wartości w naszej części świata.
 

Sensacyjny zwycięzca Cannes sprzed paru lat Rumun Cristian Mungiu nie przestaje zadziwiać. Po głośnych „4 miesiącach, 3 tygodniach i 2 dniach”, opisujących piekło podziemia aborcyjnego w ostatnich latach panowania Ceauşescu oraz wizji szaleństwa i opętania w prawosławnym klasztorze („Za wzgórzami”), twórca sięga znów po szokujący temat. Tym razem jest to bezlitosny opis korupcyjnych układów trawiących rumuńskie społeczeństwo. Chodzi o elity: nauczycieli, lekarzy, policjantów, którzy, łamiąc prawo, świadczą sobie wzajemnie przysługi, coś załatwiają, spłacają długi wdzięczności lub – jak 50-letni doktor z Klużu, bohater „Egzaminu” – idą na kompromisy, żeby zapewnić lepszą przyszłość przystępującej do matury córce.

Adrian Titieni (Romeo) i Maria Victoria Dragus (Eliza) w obrazie o współczesnej RumuniiFilmowy ojciec z wyczuciem zagrany przez Adriana Titieniego reprezentuje przegrane pokolenie wolności, które po powrocie z emigracji do kraju po upadku żelaznej kurtyny wierzyło w etos i misję. Chciało zaszczepić w nowym demokratycznym społeczeństwie zachodnie standardy, lecz zderzenie z postkomunistyczną mentalnością okazało się zbyt dużym wyzwaniem. Gdy go poznajemy, dawno zapomniał o ideałach, jego rodzina jest w rozsypce, żona bibliotekarka wyrzuca go z domu, a zazdrosny o matkę synek kochanki najchętniej by go ukatrupił. Spisując swoje życie na straty, lekarz myśli już tylko o zapewnieniu lepszego losu swojej jedynaczce – wbrew jej woli, zmuszając ją do wyjazdu i podjęcia studiów w Anglii. Nagrodzony za reżyserię w Cannes „Egzamin” ogląda się nie jak płaski społeczny moralitet, tylko zgoła sensacyjny, wciągający kryminał. Jak zwykle u Mungiu dojrzałość realizacyjna idzie w parze z godną podziwu psychologiczną wnikliwością. Świetny, przemawiający do wyobraźni obraz chaosu wartości w naszej części świata.

 2,380 total views

Recenzja filmu Służąca. Janusz Wróblewski

Erotyczny zawrót głowy
Tym, co przykuwa uwagę i zdumiewa w filmie najbardziej, jest jego zawiła, szkatułkowo prowadzona narracja, oparta na ciągłych zmianach punktów widzenia.
 
Mistrzowsko skonstruowany nowy film Park Chan-wooka sprawia niespodziankę. Ani to brutalne, męskie kino zemsty („Old boy”), ani wystylizowany horror z hollywoodzkimi gwiazdami („Stoker”). Przemoc i seks – obsesje sluzaca-6Koreańczyka – napędzają wyrafinowaną fabułę „Służącej”, ale napięciem i erotycznym klimatem bliżej temu filmowi do kostiumowej wersji głośnego „Życia Adeli”. Nazwanie go lesbijską wersją „Zawrotu głowy” Hitchcocka albo „Niebezpiecznych związków” Laclosa również wydaje się na miejscu. Rzecz jest o manipulacji emocjami. W tle przepych i teatralno-pałacowe wnętrza bajecznej posiadłości spadkobierczyni japońskiego rodu. Sprytny oszust postanawia uwieść piękną dziedziczkę fortuny, która pozostaje w dziwnej relacji z perwersyjnym wujem, rozsmakowanym w lite

 2,808 total views,  1 views today

Recenzja filmu FUOCOAMMARE . OGIEŃ NA MORZU. Janusz Wróblewski

Pietà lampeduska
Ta poetycka impresja powstawała metodą cierpliwej obserwacji rytmu życia wyspy przez blisko półtora roku.

Cichy, skromny dokument poświęcony tematyce uchodźczej, uhonorowany Złotym Niedźwiedziem w Berlinie. Zaskakująco delikatnie obrazuje koszmarny los nielegalnych uciekinierów z północnej Afryki i Syrii próbujących przedrzeć się do Europy przez morze. Włoski reżyser Gianfranco Rosi przygląda się im z perspektywy zwykłych mieszkańców niewielkiej wyspy Lampedusa, na którą trafiają niczym duchy albo kosmici – zanurzeni w swoich światach, zamknięci w bólu, zszokowani, że przeżyli. Pełen ciepła i współczucia film nie przytłacza faktami, nie sili się na budowanie dramaturgii z mocną publicystyczną tezą. Zaczyna się tam, gdzie dziennikarstwo się kończy, pozostawiając pytania w zasadzie bez odpowiedzi. Ta poetycka impresja powstawała metodą cierpliwej obserwacji rytmu życia wyspy przez blisko półtora roku. Jednym z bohaterów jest doświadczony lekarz stykający się codziennie z rozpaczą i strachem przybyszów. Drugim jest 12-letni, niedowidzący na jedno oko chłopak, syn rybaka zabawiający się strzelaniem z procy do kaktusów i ptaków. Układa się z tego wielopiętrowa metafora nie tyle nadziei, ile kompletnie obcych rzeczywistości bezradnie przyglądających się sobie.

Jeden z bohaterów – syn rybaka z Lampedusy

 2,433 total views

Recenzja filmu: Neon Demon. Janusz wróblewski

Między wybiegiem a kostnicą
Podnoszą się głosy, że dopiero drugie obejrzenie daje satysfakcję. Tylko czy znajdą się chętni?
 
W poczciwym „Pręt-à-Porter” Roberta Altmana drwina z głupoty i wilczych praw rządzących reklamą nie naruszała granic dobrego smaku. W „Neon Damon” Nicolasa Windinga Refna prowokacja goni prowokację. To horror z elementami kanibalizmu i nekrofilii, o młodości pożeranej przez współczesny świat mody. Skorumpować, posiąść, skonsumować piękno. Refn upodabnia glamour do świata seryjnych morderców. Odwołuje się do teatru okrucieństwa Alejandro Jodorowsky’ego, nasączając go narcyzmem popkultury XXI w. Czuje się niemal, jak morze krwi menstruacyjnej nieskazitelnie pięknych modelek zalewa pulsujące światłem reflektorów wysterylizowane przestrzenie Los Angeles. Chociaż bohaterką „Neon Damon” jest 16-latka z prowincji obdarzona niezwykłą urodą (Elle Fanning), główną rolę w filmie odgrywa psychodeliczny nastrój zaklinany zmysłowymi, powolnymi ruchami kamery i elektronicznymi bitami transowej muzyki Cliffa Martineza. Campowe przestrzenie nocnych klubów, korytarze pełne luster i ukrytych kamer, lodowata, pozbawiona erotyzmu nagość jednakowo wyglądających rywalek, ich ostre jak brzytwa zazdrosne spojrzenia oraz obsesje mężczyzn polujących na niewinność śpiących lolitek – oto magnetyczne tło baśniowo-surrealistycznej satyry na kulturę podglądactwa i seksualnej przemocy. W Cannes, gdzie odbyła się premiera, film bezlitośnie wygwizdano. Po ochłonięciu podnoszą się głosy, że dopiero drugie obejrzenie daje satysfakcję. Tylko czy znajdą się chętni?neon-demon-4

 1,896 total views