Recenzja filmu: „Carol”, reż. Todd Haynes. Janusz Wróblewski

Gra pozorów
Film świetnie oddaje kłamliwą, egzaltowaną atmosferę powojennej Ameryki.
 

Nominowany w sześciu kategoriach do Oscara amerykańsko-brytyjski melodramat „Carol” Todda Haynesa to stylowa, inteligentna ekranizacja skandalizującej powieści „The Price of Salt”, opublikowanej w 1952 r. pod pseudonimem Claire Morgan, za którym ukrywała się wtedy 28-letnia Patricia Highsmith. Uznawana dziś za klasykę literatury lesbijskiej, książka ta w epoce Eisenhowera drażniła i niepokoiła – tym bardziej że romantyczna, zakazana miłość na swój sposób w niej triumfuje. Film świetnie oddaje kłamliwą, egzaltowaną atmosferę powojennej Ameryki. W tłumionych gestach, skrytych spojrzeniach, nieszczerej harmonii czuje się niewidoczną presję, wymuszającą życie wedle rygorystycznych, krępujących norm. Niby nic nowego – Haynes pokazywał opresyjną Amerykę przełomu lat 50. całkiem niedawno w pamiętnym, oscarowym melodramacie „Daleko od nieba” o nieszczęśliwym związku dojrzałej kobiety i jej homoseksualnego męża (z wybitną kreacją Julianne Moore).

Mimo stylizacji na hollywoodzkie kino retro „Carol” jest jeszcze bardziej poruszającą love story o wykorzystaniu i władzy nad kochaną osobą, z niejednoznaczną postacią silnej arystokratki, zagranej brawurowo przez Cate Blanchett. Rooney Mara zachwyca w roli niewinnej sprzedawczyni z manhattańskiego supermarketu, odkrywającej w sobie pasję fotografowania i podążającej śmiało za marzeniami. Jej ufność, bezwarunkowe oddanie należącej do wyższej klasy społecznej kobiecie niesie w sobie tajemnicę i niepojętą siłę przywracającą wiarę w mit.

ROONEY MARA stars in CAROL.

ROONEY MARA stars in CAROL.

 

 1,894 total views

Recenzja filmu: „Eisenstein w Meksyku”, reż. Peter Greenaway. Janusz wróblewski

10 dni, które wstrząsnęły Eisensteinem
Film Brytyjczyka jest anachronicznie awangardowy, balansuje między pastiszem kina niemego, wykładem o seksie, śmierci i imitacji w sztuce oraz gejowskim melodramatem.
 

Prowokator i skandalista Peter Greenaway tym razem dowcipnie rozprawia się z krążącymi od dawna, lecz oficjalnie wyciszanymi przez Moskwę, pogłoskami na temat domniemanego homoseksualizmu pioniera socrealizmu i sowieckiej propagandy Siergieja Eisensteina, twórcy wiekopomnego „Pancernika Potiomkina” oraz stalinowskiego „Iwana Groźnego”. Film Brytyjczyka jest anachronicznie awangardowy, balansuje między pastiszem kina niemego, wykładem o seksie, śmierci i imitacji w sztuce oraz gejowskim melodramatem. Skupia się na meksykańskim epizodzie kariery rosyjskiego reżysera – gdy po krótkim pobycie w Hollywood na zaproszenie producenta Jesse L. Lasky’ego i po podpisaniu wymarzonego kontraktu na zrealizowanie dowolnego filmu w Meksyku według własnego projektu artystycznego w grudniu 1930 r. wylądował w Guanajuato. Dzieło roboczo zatytułowane „Niech żyje Meksyk!” nigdy nie zostało ukończone. Eisenstein wykorzystał wprawdzie kilkadziesiąt kilometrów taśmy, lecz materiał pozostał w archiwach. Zmontował je dopiero jego współpracownik Grigorij Aleksandrow w 1979 r.

Greenaway stawia śmiałą tezę, że twórcę pochłaniał namiętny romans z przystojnym, podającym się za teologa, Meksykaninem, który pomógł słynnemu komuniście zerwać kajdany obyczajowej pruderii i przeżyć 10 dni, które wstrząsnęły jego życiem. Przed wyjazdem do Meksyku Rosjanin, jeśli wierzyć Greenawayowi, który przedstawia go jako rozkosznie złotoustego klowna – był dziewicą. Złamanie seksualnego tabu (za sodomię groziła w jego ojczyźnie zsyłka do łagru na minimum 10 lat) okazało się dla niego wydarzeniem epokowym, na miarę rewolucji październikowej. Oczywiście zostało to w filmie odpowiednio sugestywnie ukazane. Przełomowa noc kończy się wetknięciem miniaturki czerwonego sztandaru między pośladki wielkiego reżysera. I choćby dla tego żartu można „Eisensteina w Meksyku” zobaczyć.Eisenstein w Meksyku (6)

 

 

 1,536 total views

Recenzja filmu: „Labirynt kłamstw”, reż. Giulio Ricciarelli. Janusz Wróblewski

Naród zbrodniarzy
Ku naszej uciesze twórcy zadają kłam wrażeniu, że współczesna polityka historyczna Niemiec dąży do wybielenia przeszłości.
 

To chyba najuczciwszy i najmocniejszy dramat rozrachunkowy na temat uchylania się od odpowiedzialności za zbrodnie III Rzeszy społeczeństwa zachodnioniemieckiego po wojnie. „Labirynt kłamstw” zwłaszcza dla młodego pokolenia będzie sporym zaskoczeniem. Rzecz dotyczy okoliczności zorganizowania w 1963 r. we Frankfurcie nad Menem największego w historii RFN procesu, w wyniku którego możliwe było skazanie nietykalnych dotąd esesmanów – nadzorców i katów Auschwitz. Z ponad 8 tys. winnych osądzono zaledwie 19. Niemniej sprawa miała olbrzymie znaczenie symboliczne dla wszystkich Niemców. Film Giulia Ricciarellego rekonstruuje historyczne wydarzenia z perspektywy naiwnego idealisty, niespełna 30-letniego prokuratora, który dotąd niemal nic nie wiedział o masowych zbrodniach popełnianych przez pokolenie ojców i z przerażeniem uświadamia sobie, że naziści – jak to zostało ironicznie ujęte w filmie – nie rozpłynęli się w 1945 r., żyli bezkarnie i mieli się dobrze.

Przerwanie zbiorowej amnezji, ujawnienie manipulacji pamięcią to zasadniczy temat filmu, lecz ambicje „Labiryntu kłamstw” na tym się nie kończą. Film stawia również szereg istotnych pytań dotyczących m.in. współodpowiedzialności i uwikłania ekipy Adenauera w pomoc zbrodniarzom wojennym, obiekcji postawienia przed sądem doktora Mengele oraz stosunku do toczącego się w tle procesu Eichmanna. Ku naszej uciesze twórcy zadają kłam wrażeniu, że współczesna polityka historyczna Niemiec dąży do wybielenia przeszłości.syn szawła (8)

 1,489 total views

Recenzja filmu: „Sufrażystka”, reż. Sarah Gavron. Janusz Wróblewski

Gra o głos
Przeszło sto lat od narodzin ruchu sufrażystek w Wielkiej Brytanii (korzenie ruchu sięgają XIX w.) kino zdobyło się na złożenie hołdu aktywistkom walczącym o prawa wyborcze dla kobiet.
 
Przeszło sto lat od narodzin ruchu sufrażystek w Wielkiej Brytanii (korzenie ruchu sięgają XIX w.) kino zdobyło się na złożenie hołdu aktywistkom walczącym o prawa wyborcze dla kobiet. Powstał potrzebny, wzruszający film w słusznej sprawie. Lecz, jak to z symbolicznymi pomnikami bywa, na subtelności i głębię nie starczyło wiele miejsca. Film wyreżyserowany przez Sarah Gavron koncentruje się na przełomowym dla ruchu momencie, gdy zawiodły nadzieje na zmianę konstytucji obiecywaną przez sympatyzujących z sufrażystkami parlamentarzystów i wygrała opcja zastępowania słów czynami (sabotażem), której gorącą zwolenniczką była liderka ruchu Emmeline Pankhurst – według tygodnika „Time” jedna ze stu najbardziej wpływowych postaci XX w.sufrażystka (3)

 1,443 total views

Recenzja filmu: „Pentameron”, reż. Matteo Garrone. Janusz Wróblewski

Harmonia brzydoty
Rzecz niesłychanie wyrafinowana, oryginalna i chyba zbyt ponura jak na nasze czasy.
 

Po „Gomorze” i „Reality”, mocno osadzonych we współczesności dramatach społecznych, Matteo Garrone nakręcił poetycką ekranizację „Baśni nad baśniami, czyli festynu tłuścioszek”. Osobliwy zbiór 50 XVII-wiecznych bajek, napisanych w dialekcie neapolitańskim przez Giambattistę Basile’a, nie należy u nas do szczególnie popularnych. Ale we Włoszech zestawiany jest z „Dekameronem” Boccaccia i zalicza się do ścisłego kanonu europejskiej literatury (inspirowali się nim bracia Grimm oraz Charles Perrault). W zrealizowanym z hollywoodzkim rozmachem Pentameron (1)i gwiazdorską obsadą „Pentameronie” wyczuwa się niepokojący charakter oryginału, gdzie śmiech sąsiadował z grozą, a zasady obyczajowej poprawności zupełnie nie obowiązywały. W przeplatających się dziejach królewskich rodzin trzech sąsiadujących ze sobą krain pełno jest barokowej przesady, tajemniczej symetrii, krwi, okrucieństwa. Ogry są naprawdę straszne, potwory i wiedźmy obrzydliwe, wyuzdanie nie ma hamulców, a ludzkimi wyborami rządzi ponure, irracjonalne fatum, zapewniające kruchą równowagę.

Dorośli widzowie docenią wizjonerską śmiałość reżysera, podkreślaną niesamowitymi zdjęciami Petera Suschitzky’ego. Z pomocą prostej symboliki można smakować klimat pogańskich lęków i uprzedzeń, chociaż ciężko się w tym świecie odnaleźć. Nastolatkom wychowanym na komputerowych animacjach Disneya czy „Grze o tron” to imaginarium, odarte z naiwnych, romantycznych uniesień, również wyda się cokolwiek obce. Garrone stworzył rzecz niesłychanie wyrafinowaną, oryginalną i chyba zbyt ponurą jak na nasze czasy. W pewnym sensie elitarną, którą najlepiej się kontempluje w zaciszu arthousowego kina.

 1,208 total views