Recenzja filmu: „Lewiatan”, reż. Andriej Zwiagincew. Janusz Wróblewski

W paszczy oligarchów
Trudno pojąć, jakim cudem w kraju cenzury i propagandy powstał tak bezlitośnie krytyczny film.

Uhonorowany za scenariusz, jeden z najlepiej przyjętych filmów w Cannes (niedawno zdobył główną nagrodę z16017315Q,Kadr-z-filmu--Lewiatan--Andrieja-Zwiagincewaw Londynie, gdzie rok temu triumfowała „Ida”), jest dziełem wybitnym. Ukazuje koszmarne skutki putinowskiego reżimu, opartego na zastraszaniu, korupcji oraz bezkarności władz. Państwo, czyli tytułowy Lewiatan, rozkwita na trupie deptanego i poniżanego społeczeństwa. Gdy obywatele próbują się stawiać, niszczy się ich gangsterskimi metodami. Andriej Zwiagincew („Elena”, „Powrót”) punktuje ten upiorny proceder z poetycką dosadnością i wisielczym humorem. Na przykładzie losu nieszczęsnego właściciela starej posiadłości – położonej na obrzeżach morza Barentsa – którą chcą mu zabrać. Ciosy, jakie spadają na bohatera, zadają konkretni ludzie: uwłaszczona, oddana Kremlowi, nowobogacka elita partyjniaków, zarabiająca fortunę na lewych interesach, oraz niezadowolona, marząca o wyrwaniu się z prowincji, niewierna żona.

Osadzoną w gogolowsko-czechowowskiej tradycji gorzką przypowieść o pożeraniu planktonu można nazwać współczesną wersją Hioba. Albo kompromitacją mitu odradzającej się religijności Rosji. Odważne i nowe w „Lewiatanie” jest bowiem to, że cała ta lawina nieszczęść znajduje życzliwe wsparcie hierarchów prawosławnego Kościoła. Trudno pojąć, jakim cudem w kraju cenzury i propagandy powstał tak bezlitośnie krytyczny film. W Rosji nie można go zobaczyć. Ale najważniejsze, że jest.

 

Dodaj komentarz