Recenzja filmu: Martwe wody. Janusz Wróblewski

Kanibale w Calais
Dumont stroi się w piórka bliskiego nam Gombrowicza, lecz nie do każdego trafi ten rodzaj teatralizacji i komiksowego humoru.

 

Wielbiciele serialu kryminalnego „Mały Quinquin” Bruno Dumonta, oglądając jego najnowsze dzieło „Ma Loute” – surrealistyczno-operetkowy ni to horror, ni to antyromans – doszukają się zapewne wielu podobieństw. Francuski reżyser świetnie się poczuł w roli satyryka i wizjonera operującego czarnym humorem, żonglującego martwymi konwencjami, które układają się w zabawny, choć czasami nudnawy pastiszowy kalejdoskop. Tym razem jednak ta układanka absurdalnie udziwnionych scen tworzy mieszankę wybuchową rozsadzającą nie sam gatunek, tylko dobrze zakonserwowany mit o upadku ancien régime’u.
Co prawda rzecz dzieje się nie w czasach rewolucji francuskiej, tylko na początku XX w. w chłodnych, nadmorskich okolicach Calais, niemniej od początku wiadomo, że to odbicie w krzywym zwierciadle. Zdegenerowaną arystokrację parodiują francuskie gwiazdy: Fabrice Luchini, Juliette Binoche, Valeria Bruni Tedeschi, Jean-Luc Vincent, a nienawidzący ich lud charakterystyczni aktorzy amatorzy. Jedni i drudzy wyglądają na mocno stukniętych. Nie dość, że są ucharakteryzowani na figury woskowe z gabinetu osobliwości, to jeszcze prześcigają się w tikach, robieniu głupich min, a lud, czyli okoliczna biedota dorabiająca po godzinach przenoszeniem paniczów i hrabianek przez mokradła na własnych plecach, okazuje się kanibalami.
Przedstawiając groteskowo-nonsensowne bratanie się klas, zapowiadające upadek dawnego świata z opresyjno-zaściankową kulturą katolicką w tle, Dumont stroi się w piórka bliskiego nam Gombrowicza, lecz nie do każdego trafi ten rodzaj teatralizacji i komiksowego humoru. Pani siedząca obok na widowni co chwila kręciła głową ze zniecierpliwienia. Mnie widok lewitującej nad procesją arystokratki czy unoszącego się jak balonik nieporadnego komisarza policji zaskoczył i rozśmieszył.