Recenzja filmu: Neon Demon. Janusz wróblewski

Między wybiegiem a kostnicą
Podnoszą się głosy, że dopiero drugie obejrzenie daje satysfakcję. Tylko czy znajdą się chętni?
 
W poczciwym „Pręt-à-Porter” Roberta Altmana drwina z głupoty i wilczych praw rządzących reklamą nie naruszała granic dobrego smaku. W „Neon Damon” Nicolasa Windinga Refna prowokacja goni prowokację. To horror z elementami kanibalizmu i nekrofilii, o młodości pożeranej przez współczesny świat mody. Skorumpować, posiąść, skonsumować piękno. Refn upodabnia glamour do świata seryjnych morderców. Odwołuje się do teatru okrucieństwa Alejandro Jodorowsky’ego, nasączając go narcyzmem popkultury XXI w. Czuje się niemal, jak morze krwi menstruacyjnej nieskazitelnie pięknych modelek zalewa pulsujące światłem reflektorów wysterylizowane przestrzenie Los Angeles. Chociaż bohaterką „Neon Damon” jest 16-latka z prowincji obdarzona niezwykłą urodą (Elle Fanning), główną rolę w filmie odgrywa psychodeliczny nastrój zaklinany zmysłowymi, powolnymi ruchami kamery i elektronicznymi bitami transowej muzyki Cliffa Martineza. Campowe przestrzenie nocnych klubów, korytarze pełne luster i ukrytych kamer, lodowata, pozbawiona erotyzmu nagość jednakowo wyglądających rywalek, ich ostre jak brzytwa zazdrosne spojrzenia oraz obsesje mężczyzn polujących na niewinność śpiących lolitek – oto magnetyczne tło baśniowo-surrealistycznej satyry na kulturę podglądactwa i seksualnej przemocy. W Cannes, gdzie odbyła się premiera, film bezlitośnie wygwizdano. Po ochłonięciu podnoszą się głosy, że dopiero drugie obejrzenie daje satysfakcję. Tylko czy znajdą się chętni?neon-demon-4

 1,236 total views,  2 views today