Recenzja filmu: „Noc Walpurgi”, reż. Marcin Bortkiewicz. Janusz Wróblewski

Śpiewająco
Groteska, komizm, farsa przenika się tu z tragizmem.
 
Czarno-biały debiut fabularny Marcina Bortkiewicza, reżysera, aktora i filmowego erudyty, zaskakuje inteligencją, dojrzałością oraz klasą realizacji. Jest to zarazem nieprzeciętny wyczyn Małgorzaty Zajączkowskiej, wybitnej aktorki niegdyś z powodzeniem radzącej sobie w Hollywood, która jednak po powrocie ze Stanów utknęła w serialowej codzienności. Ta rola śpiewaczki operowej zapiera dech i przywraca kinu jej talent. Scenariusz powstał na podstawie docenionego w Nowym Jorku debiutanckiego monodramu Magdaleny Gauer – polonistki, pedagożki i literaturoznawczyni. Rzecz rozgrywa się w garderobie primadonny po występie w „Turandot” w 1969 r. i dotyczy rozliczenia z tragiczną przeszłością artystki, polskiej Żydówki z getta, która przeszła przez piekło Auschwitz. Ciąg wspomnień uruchamia wizyta przystojnego dziennikarza (Philippe Tłokiński) pragnącego przeprowadzić z nią wywiad. Banalny, niemal komediowy punkt wyjścia szybko znika, zamieniając się w podszyty seksem, kompleksami, ciętą ironią dyskurs o życiu, sztuce i śmierci. Groteska, komizm, farsa przenika się tu z tragizmem. Można dostrzec powiązania z twórczością Polańskiego, Viscontiego czy Szabó. Szczęśliwie młody reżyser niczego mechanicznie nie kopiuje, raczej korzysta z najlepszych rozwiązań, panując nad swoim warsztatem.4510b1fa-22fd-4c22-9a76-db86ff828453_470x

315 total views, 1 views today