Recenzja filmu: To tylko koniec świata. Janusz Wróblewski

Bliscy nieznajomi
Film ma klasę, dobre tempo, czasami zanadto przyspieszające w rytm teledyskowo zmontowanych retrospekcji.
 

Szósta pozycja w imponującym dorobku Kanadyjczyka Xaviera Dolana – za miesiąc kończy dopiero 28 lat – przyniosła mu największy jak dotąd sukces. Adaptacja kameralnej sztuki teatralnej zmarłego na AIDS Jean-Luca Lagarce’a „To tylko koniec świata” zdobyła Grand Prix na ubiegłorocznym festiwalu w Cannes, zachwyceni krytycy pisali nawet, że w pełni zasłużyła na Złotą Palmę. Zapatrzony w siebie autor „Zabiłem moją matkę” i „Mamy” pozostaje wierny sobie, znów wszystko kręci się wokół piekła rodzinnego, homoseksualizmu, rozliczeń ze śmiercią na pierwszym planie. Ale film wydaje się zaledwie efektownym szkicem, wprawką zrealizowaną po to, by móc przyjrzeć się z bliska koncertowi w wykonaniu największych francuskich gwiazd: Vincenta Cassela, Marion Cotillard, Léi Seydoux oraz Nathalie Baye w roli ekscentrycznej, despotycznej matki, niepotrafiącej zapanować nad podziałami wśród bliskich.

Rzecz rozgrywa się w ciągu 24 godzin gdzieś na kanadyjskiej prowincji. Sławny trzydziestoparoletni pisarz (Gaspard Ulliel) wraca po 12 latach do rodziny, z którą nie utrzymywał żadnych kontaktów, z zamiarem wyznania, że jest śmiertelnie chory. Jak to zostanie przyjęte? Kto się szybciej otworzy, czy dojdzie do pojednania? Przy okazji spotkania wszyscy przeżywają oczywiście coś w rodzaju proustowskiej podróży do krainy dzieciństwa. Każdy na swój sposób samotny, zraniony, zazdrosny, z pretensjami o nie wiadomo co. Zamiast poważniejszej rozmowy odżywają zamiatane pod dywan urazy, kompleksy. Rodzina – uśpiony wulkan miłości i nienawiści, w każdej chwili gotowy eksplodować – okazuje się inna, niż się tego oczekuje. Zrozumienie, ciepło, mądre wyciągnięcie dłoni – nieosiągalne. Pewne, według autora sztuki i reżysera, wydaje się natomiast odrzucenie. Film ma klasę, dobre tempo, czasami zanadto przyspieszające w rytm teledyskowo zmontowanych retrospekcji. Subtelny, osobisty, żałobny tren. W filmografii Dolana znajdziemy jednak lepsze pozycje.