Recenzja filmu: „Tom”, reż. Xavier Dolan. Janusz Wróblewski

Gra pozorów
Mimo dramaturgicznej niedoskonałości film warto obejrzeć choćby dlatego, by obserwować dynamiczny rozwój reżysera.
 

Warto powtórzyć, że trzy filmy fabularne, nakręcone w błyskawicznym tempie przez młodziutkiego Xaviera Dolana („Zabiłem moją matkę”, „Wyśnione miłości”, „Na zawsze Laurence”), stanowią namacalny dowód pojawienia się w kinie autorskim niezwykłego nowego talentu. Kolejny, tym razem zrealizowany w wiejskich plenerach, thriller psychologiczny „Tom” klasą i poziomem artystycznym dorównuje poprzednim dokonaniom 25-latka z Kanady, emocjonalnie jednak wrażenia nie robi. Być może jest to wina scenariusza, adaptacji sztuki teatralnej Michela Marca Boucharda, poświęconej wstydliwie ukrywanym tajemnicom rodzinnym i homofobii. Fałszywa, podszyta jakimś perwersyjnym założeniem psychologicznym, wydaje się relacja tytułowego bohatera (gra go sam Dolan, krytykowany w amerykańskiej prasie za narcyzm) z bratem jego nieżyjącego kochanka. Nie przekonuje też rola matki (Lisa Roy) miotającej się między lodowatą obojętnością a czułością, oszukiwanej przez otoczenie, że jej syn nie był gejem.

Zmierzająca do zaskakującej hitchcockowskiej pointy historia skupia się na grze pozorów, odsłanianiu kolejnych kłamstw i uprzedzeń obcych-bliskich sobie ludzi, którzy inaczej rozumieją sens miłości, pożądania, seksu. Mimo dramaturgicznej niedoskonałości film warto obejrzeć choćby dlatego, by obserwować dynamiczny rozwój reżysera, którego piąte już dzieło „Mommy” zostanie w tych dniach pokazane w głównym konkursie w Cannes.

 1,286 total views,  1 views today