Recenzja filmu: „Wolny strzelec”, reż. Dan Gilroy. Janusz Wróblewski

Jest krew, jest news
Nietypowy kryminał poruszający temat szaleństwa mediów. WOLNY STRZELEC (4)

Reżyserski debiut Dana Gilroya, amerykańskiego aktora, utalentowanego scenarzysty („Dziedzictwo Bourne’a”), jest nietypowym kryminałem poruszającym temat szaleństwa mediów. Mieszając gatunki, łącząc elementy dramatu społecznego, thrillera, czarnej komedii, a chwilami groteski, „Wolny strzelec” nie tyle uświadamia konsekwencje chorobliwej pogoni stacji telewizyjnych za sensacją, co z nich szydzi. Newsy mają być jak krzycząca kobieta biegnąca przez ulicę z poderżniętym gardłem – tłumaczy obrazowo nowemu współpracownikowi podstarzała prezenterka walcząca o podniesienie oglądalności lokalnego programu informacyjnego (Rene Russo). To doskonale oddaje chorobę współczesnej telewizji, choć Ameryki nie odkrywa.

Przełomowa wydaje się za to kreacja Jake’a Gyllenhaala, grającego psychopatycznego złomiarza odkrywającego w sobie żyłkę reportera. Ma ciemny umysł i pustkę w oczach. Jest bezwzględny, odporny psychicznie, charyzmatyczny, skupiony, obdarzony siłą perswazji oraz spokojem w momentach stresu. Jeżdżąc nocą tam i z powrotem po ulicach Los Angeles, podobnie jak przemierzający nowojorskie zaułki Travis Bickle z „Taksówkarza”, szybko zapoznaje się z oznakami społecznego i fizycznego rozkładu. Różnica jest taka, że zamiast upadku reżyser koncentruje się na jego błyskawicznej karierze w świecie tabloidów. Widzimy, jak porzuca swój złodziejski fach i z policyjnym skanerem, kamerą cyfrową oraz wynajętym pracownikiem pnie się do góry w hierarchii lokalnych paparazzi. „Wolny strzelec” wpisuje się więc w ciąg inteligentnych, atrakcyjnych wizualnie i dramaturgicznie opowieści o nowym pokoleniu antybohaterów wyniesionych na fali kryzysu ekonomicznego.

 878 total views,  2 views today