ZA JAKIE GRZECHY, DOBRY BOŻE ? | 16 grudnia 19:30

Za jakie grzechy, dobry Boże?

(Qu’est-ce qu’on a fait au Bon Dieu?)

2014, Francja 139995036

Czas trwania 97 min
Gatunek komedia
Reżyseria Philippe de Chauveron
Dystrybutor Gutek Film
Premiery    kinowe Polska 14 listopad 2014
Świat 16 kwiecień 2014
Opis Cztery piękne córki na wydaniu i jedno marzenie ich poukładanych, konserwatywnych rodziców – żeby dobrze wyszły za mąż. Ale co zrobić, gdy czterech zakochanych mężczyzn to Żyd, Arab, Chińczyk i wesoły chłopak z serca Czarnej Afryki? Każdy z nich pochodzi z innej kultury, ma swoje obyczaje, wierzenia, religię. Jak nie zwariować, próbując wszystkich pogodzić ze sobą?

zwiastunmonitor32

YouTube Preview Image

zdjęciacamera32

 

WYWIAD Z REŻYSEREM

Philippe de Chauveron

Skąd się wziął ten oryginalny pomysł na film?

Któregoś dnia dowiedziałem się, że – statystycznie rzecz ujmując – Francuzi są mistrzami świata
w zawieraniu małżeństw mieszanych. Badania mówią, że około 20% francuskich małżeństw łączy
ludzi różnego pochodzenia i różnych wyznań. Natomiast u naszych europejskich sąsiadów takich
par jest około 3%.

Czy wie pan z własnego doświadczenia, czym jest związek mieszany?

Wychowałem się w rodzinie katolickiej, mieszczańskiej, więc dobrze rozumiem, że w takich

środowiskach wielokulturowość może być problemem – chociaż my byliśmy bardziej wyluzowani

niż państwo Verneuil! Mój brat ożenił się z Maghrebijką, ja też miałem dziewczynę afrykańskiego

pochodzenia. Ponieważ mój wewnętrzny scenarzysta często bierze górę, wyobraziłem sobie, jak

zachowałaby się taka rodzina, zmuszona do zaakceptowania aż czterech mieszanych małżeństw!

Mimo wszystko pańska wizja nie jest czarno-biała.

To prawda, ponieważ w naszym filmie każda postać ma swoje wady i dziwactwa. Chcieliśmy, żeby

widz mógł się z nich śmiać tak po prostu. Przetestowałem pierwszą wersję scenariusza na

znajomych, wywodzących się z różnych środowisk.

Z jakim rezultatem?

Świetnie się bawili, wszystko dobrze działało – a przede wszystkim przekonałem się, że pomysł jest

dobry. Poza tym każdy z nich dodał coś od siebie, co wzbogaciło fabułę i przydało jej

autentyczności.

Film „Przygody rabina Jakuba” pokazał, że różnice rasowe albo religijne mogą być

doskonałym materiałem komediowym.

Porównanie z dziełem Gérarda Oury bardzo mi pochlebia… Osobiście uważam, że obecność tylu

różnych kultur jest dla Francji wielkim bogactwem, nawet jeśli zbytnio z niego nie korzystamy.

Bohaterka Chantal Lauby jest bardzo konserwatywna i bardzo wierząca. Czy ta postać ma

swój pierwowzór w rzeczywistości?

Tak, moją własną matkę, chociaż ona nie była aż tak surowa. Uczyła katechezy, a ja byłem bardzo

złym uczniem, więc migałem się od przyjmowania komunii – co tak bardzo mamę zaniepokoiło, że

posłała mnie do psychiatry!

Czterej zięciowie, każdy innego pochodzenia, a wszystkich łączy jedno: uważają się za

prawdziwych Francuzów!

Wielu ludzi, których rodzice są imigrantami, mówiło mi, że zawsze jest im przykro, gdy nie uznaje

się ich za Francuzów. Pokazujemy ten problem w scenie z Marsylianką. Pan Verneuil (Christian

Clavier) jest w bardzo złych stosunkach nie tylko z bohaterem granym przez Mediego Sadouna, ale

też ze wszystkimi pozostałymi. Jest w kompletnym szoku, kiedy ci śpiewają mu francuski hymn

narodowy. Nagle zaczyna zupełnie inaczej na nich patrzeć, wreszcie mówi: „Aż dostałem

dreszczy…”.

W innej kultowej scenie dwaj ojcowie wspólnie się upijają. Nigdzie nie można ich znaleźć,

wszyscy już się spodziewają najgorszego, a tymczasem…

Scena pijaństwa jest w pewnym sensie częścią kinowej tradycji. Takie sceny są typowe dla kina

francuskiego, od „Małpy w zimie” i „Wujków zabijaków” do „Jeszcze dalej niż Północ”. Często nie

ma lepszego sposobu na wyśmianie napiętej sytuacji pomiędzy dwoma obozami, których pozornie

nie dałoby się pogodzić…

Jakie kino lubi pan najbardziej?

Bardzo lubię wczesne komedie braci Farrelly, na przykład „Sposób na blondynkę”. Poza tym

uwielbiam społeczną komedię włoską: szczególnie cenię filmy Dino Risiego. Jestem też fanem

grupy Le Splendid: „Les Bronzés” widziałem po raz pierwszy w roku 1976, tuż po premierze. Ja

miałem 11 lat, a Christian Clavier 25. Do dziś sypie niesamowitymi anegdotami z tamtych czasów.

Z niekłamaną przyjemnością wspomina, jak „France Soir” pisał, że „Po tym filmie o tych aktorach

już nikt nie usłyszy”.

Czy postacie rodziców zostały napisane właśnie z myślą o Christianie Clavier i Chantal

Lauby?

Absolutnie. Karierę Chantal śledzę od przeszło dwudziestu lat. Występowała w grupie komików

„Les Nuls” i jej styl, polegający na mówieniu okropnych rzeczy w najprostszy sposób, był

kompletnym zaprzeczeniem ówczesnego rozumienia humoru w telewizji. Nie zapominajmy, że

przed nimi najgorszym skandalistą był Stéphane Collaro. Co do Christiana, lubię sposób, w jaki gra

najbardziej odrażające postaci. Zresztą scenariusz spodobał mu się od razu. Jego gra aktorska jest

bardzo precyzyjna, bardzo finezyjna, ale też gdzieniegdzie pododawał różne rzeczy siebie.

Czy jest coś, czym Clavier w szczególności zrobił na panu wrażenie?

Jest wiele takich rzeczy. Jednak zaimponował mi przede wszystkim tym, że znał wszystkie dialogi

na pamięć – nie tylko swoje kwestie, ale też kwestie innych aktorów. Nie opuszczał nas na krok,

podpowiadał kolegom zza kadru i zawsze był do dyspozycji. Bardzo wszystkim pomógł, albo

służąc radą, albo po prostu wprowadzając nas w dobry nastrój.

Twierdzi, że dziś już nie bawi się „tak, jak dawniej”, ale mnie się wydaje, że jest dokładnie

odwrotnie. Wciąż by wszystkich prowokował, wciąż ma punkowe podejście do świata. Ma

w zwyczaju żartować z kamienną twarzą, a ludzie, którzy go otaczają nigdy do końca nie wiedzą

czego się po nim spodziewać. Nie zapomnę, jak pierwszego dnia szedł przez scenę, wzdychając

i mamrocząc: „pff, co za banda mięczaków”…

Pomówmy teraz o zięciach. Zacznijmy od Mediego Sadouna.

Odkąd zobaczyłem go w filmie „Les Kaïra”, powiedziałem sobie: „Chcę go! I to natychmiast”.

Potrzebowałem aktorów budzących sympatię. Medi zagrał dla mnie na próbę scenę z Marsylianką –

i od razu doskonale ją wyczuł.

Ary Abittan: czy widział go pan wcześniej na scenie?

Tak, ten aktor to wyjątkowe połączenie George’a Clooneya i Francisa Blanche’a! Jest zarazem

uwodzicielski i niesamowicie zabawny. Mając do obsadzenia rolę tunezyjskiego Żyda, wiedziałem,

że mogę wybrać tylko jego.

Fred Chau?

Widziałem go w „Jamel Comedy Club”. Ma bardzo specyficzne poczucie humoru, a jego energia

jest wprost zaraźliwa.

Noom Diawara?

Bardzo mi się podobał w filmie „Amour sur place, ou à emporter?”, do którego zresztą sam napisał

scenariusz i który też opowiada o mieszanej parze.

Wszyscy czterej mają wręcz aż nadto wdzięku.

Właśnie na tym mi zależało. Moim zdaniem oni pokazują cztery oblicza zięcia idealnego – nawet

jeśli państwo Verneuil będą potrzebowali dużo czasu, by to dostrzec.

Teraz kolej na dziewczyny: Frédérique Bel gra najstarszą z sióstr Verneuil.

Zaśmiewałem się, oglądając ją w „La minute blonde”. Jest zwariowana, zabawna i seksowna. U nas

gra żonę Mediego Sadouna.

Julia Piaton poszła w ślady swojej matki, Charlotte de Turckheim.

Była wspaniała w „Kochanego ciała nigdy dość”, w roli dziewczyny skromnego pochodzenia. Tutaj

chciałem, żeby była ostentacyjnie mieszczańska – i zagrała to świetnie!

Mniej wiemy o Emilie Caen.

Widziałem ją w „La clinique de l’amour”, gdzie była wyjątkowo zabawna. Chciałbym promować

nowe talenty, nowe twarze.

To samo dotyczy Elodie Fontan.

Miała małą rólkę w „Clem”, serialu produkowanym przez kanał TF1 – grała najlepszą przyjaciółkę

głównej bohaterki. To taka wymarzona synowa.

Co jest najtrudniejsze, gdy film ma tylu bohaterów?

To, że każdy żyje swoim życiem i każdy powinien mieć swój moment, swoją „solówkę”. Mam

nadzieję, że udało się to osiągnąć.

Salimatę Kamate, która w filmie gra afrykańską teściową, znamy ze wspaniałej roli matki

Omara Sy w „Nietykalnych”. Natomiast mniej wiemy o Pascalu Nzonzi, który gra jej męża.

Jego słowny pojedynek z Christianem Clavier to jedna z kluczowych scen w filmie. Kto to

jest?

Pascal to wielki aktor pochodzenia kongijskiego. Zobaczyłem go w roli Omara Bongo

w telewizyjnym filmie Lucasa Belvaux. Trzydzieści lat temu, gdy rozpoczynał karierę, ubolewał

nad tym, że dla czarnoskórych aktorów nie ma zbyt wielu ról. Dziś bardzo się cieszy, że to się

zmienia.

Zdaje się, że ma pan dość materiału, by zmontować najdłuższy „making-of” w historii kina

francuskiego. Co by się tam znalazło?

W ekipie stworzyła się taka atmosfera, że aktorzy nieraz dodawali tekst od siebie. Mamy masę

alternatywnych ujęć, w których widać tę ich fantazję. Bardzo dużo się śmiałem, ale nie zmieniliśmy

harmonogramu pracy. Z drugiej strony zdarzało się, że opuszczał nas dobry humor: na przykład

mieliśmy skargi od miejscowych mieszkańców…

Czy publiczność potrzebuje dziś komedii bardziej niż kiedykolwiek?

Komedia jest wspaniałym medium ukazującym poważne sprawy w lekki sposób. Jednak nakręcenie

„filmu z przesłaniem” nie było moim głównym zamiarem. Ludzie nie potrzebują, żeby myśleć za

nich. Uważam natomiast, że bardzo potrzebują się rozluźnić. Żyjemy w cudownym kraju, który już

nieraz wychodził z kryzysu.

Czyli jest pan optymistą?

Raczej tak. Dorastałem w czasach kryzysu. Na przełomie lat 70. i 80., jeżdżąc autobusem do

akademika, mijałem ostrzegawczy plakat z napisem: „3 miliony bezrobotnych, 3 miliony

imigrantów”. Od tamtego czasu na szczęście zdążyliśmy się przekonać, że możemy tu żyć wszyscy

razem – ludziom się to zawsze udaje. Francja to wspaniały kraj – tak różnorodny i tak piękny!

w komediowych Francji.

 703 total views,  1 views today

Dodaj komentarz