Recenzja filmu: “PARYŻ, 13. DZIELNICA” Wiktoria Skrzypińska

Paryż, 13. dzielnica.

Film o dzisiejszym rozgardiaszu życiowym. Choć na początku większe wrażenie wywarł na mnie Ennio to ten zapadł mi w pamięci na dłużej i trochę inaczej we mnie rezonuje.

Camille jest skomplikowaną postacią. Skończył studia, chce skończyć kolejne, myśli o sobie jako o intelektualiście. Ma wysokie mniemanie o sobie. Na tyle, że nie umie nad tym przeskoczyć nawet w relacjach rodzinnych.

Każda z kobiet, z którymi się spotykał była dla niego czymś i kimś innym. Jednak to Nora była moim zdaniem tą przełomową. I pomimo, że Camille wcale nie kończy z dziewczyną, za którą tak bardzo przecież szalał – to tak znajomość po coś była. I ta znajomość dużo mu dała, dużo nauczyła. Powiedziałabym wręcz, że stworzyła fundamenty dla związku z byłą współlokatorką, Emillie. 

Lubię powtarzać, że to nie chodzi o tą jedyną lub tego jedynego, tu chodzi o osobę, którą spotykamy w odpowiednim czasie. Do takiej osoby mamy sentyment, mimo, że czasem wiemy, że ogólnie ta osoba nie była dla nas zbyt dobra. Jednak w czasie gdy ją poznaliśmy, była ona dla nas wszystkim czego potrzebowaliśmy.

No właśnie związek z Emilie. Zakończenie było częścią, która mi się zarówno podoba, jak i nie podoba. Z jednej strony kto nie marzy o właśnie takim zakończeniu we własnym życiu? Ja bardzo. Z drugiej – czy to zakończenie jest moralne?

Przeczytałam wczoraj bardzo ciekawy komentarz „We are not rational creatures, we are rationalizing creatures.” Zamiast być racjonalną osobą, będziemy szukać tłumaczeń będziemy racjonalizować pewne zachowania i trochę tak to zakończenie na mnie podziałało. Zaczęłam znów myśleć o „moim zakończeniu”. Czy to dobrze czy źle- kto wie? Pewne jest, że ten film wzbudził we mnie wiele refleksji. I może  to chodzi – o to by film cały czas w nas pracował, a nie o to by był życiowy.

Ciekawa jestem czy Camille będąc w związku z Emilie myśli o Norze, czy jest ona dla niego etapem, czy tą, która mu się wymknęła?

Wiktoria Skrzypińska

 304 total views,  3 views today

Recenzja filmu: “Ennio” Anna Woch

Miłość w “Ennio” Giuseppe Tornatore to moc i ustawiczne starcie pomiędzy ambicjami i niezwykłym talentem. Muzyka filmowa powracająca do Niego z niewiarygodną siłą stała się miłością pozwalającą uwolnić emocje, przynoszącą ogromne uznanie i sławę. Film bardzo wzruszający opowiadający ciekawą historię życia wspaniałego kompozytora i Jego  zmagania z ówczesną rzeczywistością. Film uczy również pokory i dystansu do tego jak nieoczekiwanie można wkroczyć na drogę, której się nie obrało. W tym przypadku jednak nie mogło stać się inaczej – Wielki Ennio i wielka historia zapisana na ścieżkach dźwiękowych. Po tym filmie z większą uwagą śledzę nazwiska twórców i twórców muzyki filmowej.

 

Miłość w “Lamb” Valdimara Jóhannssona to pragnienie. Sceny z tego filmu przywołały we mnie wspomnienie filmu “Światło między oceanami” D. Cianfrance’a z roku 2016 i dlatego film ten nie był moim faworytem na XVII PKE. Pragnienie miłości po stracie własnego dziecka i tam, na niedostępnej wyspie na oceanie i tutaj w scenerii z pogranicza baśni jest takie samo.  Tam ginie ojciec a tutaj matka dziecka, które zostaje bezprawnie przywłaszczone w imię miłości i niespełnionego pragnienia z podobnie wybrzmiałym przyzwoleniem współmałżonka. Zbyt duże podobieństwo scenariusza nie pozwala mi pozytywnie odnieść się do tego filmu chociaż dobrze oddana sceneria surowej Islandii (też wyspa) wspaniale podkreśla jej dzikość i magię.

 

Miłość w “Paryż 13. dzielnica” Jacques Audiard zachwyca feerią namiętności i ludzkich uczuć. Ciekawe sceny z codziennego życia zwykłych ludzi, bardzo pozytywnie nastrajają a duża dawka emocji napawa nadzieją i daje dużo radości. Poszukiwanie i odkrywanie swojej miłości i swojej tożsamości i droga do jej zrozumienia to często zderzenie z jakże trudną rzeczywistością ale jednak dającą poczucie spełnienia i radości. Po tym filmie świat jest piękny, pełen empatii i miłości.

 

Anna Woch

 271 total views,  3 views today

Recenzja filmu: “Ennio” Wiktoria Skrzypińska

Ennio

Początkowo nie był to film, na który planowałam iść. Jednak zdecydowałam się iść na wszystkie by w pełni przeżyć ten przegląd. I jak się cieszę, że tak się stało.

Ktoś w filmie wspomniał, że jego muzyka sprawiała, że ludzie się unosili. I totalnie się z tym zgadzam!

Ennio był najdłuższym filmem z tego przeglądu jednak był on tak piękny, że tego nie było czuć. Po skończonym filmie chciało się siedzieć i dalej słuchać tych pięknych melodii.

Morricone był przykładem talentu, którego już raczej nie spotkamy. Był przykładem talentu, który rozwijał się bez telefonów, komputerów i innych multimediów. Część osób może się ze mną nie zgodzić jednak uważam, że technologia zbytnio nas rozpraszam przez co niestety nie jesteśmy w stanie rozwinąć naszego pełnego potencjału.

Nie patrzę jednak na jego personę bezkrytycznie. Ennio posiadał wiele cech, o których w dzisiejszych czasach mówi się jako o toksycznych – czy takie były? Nie nam oceniać. Z perspektywy dzisiejszych czasów łatwo jest oceniać ludzi, rodziców, przyjaźnie kiedyś.

Bezsprzecznie ten film jest dziełem, które mówi o innych dziełach.

Personalnie mogę powiedzieć, że choć westerny, z których Morricone jest znany nigdy nie były bliskie ani mojemu sercu ani upodobaniom to wpływ na całą branże definitywnie ukształtował moje upodobania. Moje ulubione filmy to filmy, które mają spójną ścieżkę muzyczną. To filmy pełne różnych efektów, pełne różnych instrumentów.

To filmy, które mogę oglądać dziesiątki razy i kiedy słyszę muzykę to pewna część w mojej głowie jest bardzo szczęśliwa.

Po seansie tego filmu obejrzałam dwa różne filmy, do których muzykę tworzył Morricone. I z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że bez Ennia moje ulubione filmy wyglądałyby zupełnie inaczej.

I choć o Morricone po raz pierwszy usłyszałam kilka dni przed seansem oglądając trailer to jego twórczość i przeogromny wpływ na cały przemysł ukształtował mój gust filmowy. Bo określić się go nie da – zbyt różne kategorie. Łączy je to co Ennio pozostawił po sobie.

 

Wiktoria Skrzypińska

 271 total views,  2 views today

Pola Krzesiak – recenzja filmu „Zabij to i wyjedź z tego miasta”

Konkurs na najlepszą recenzję dotyczącą filmów pokazywanych w ramach XVI Przeglądu Kina Europejskiego „Ostatnie granice” – OBLICZA MIASTA 2021 rozstrzygnięty!

Zabij to i wyjedź z tego miasta”, czyli udręka świadomości Kiedy wychodziłam z kina po obejrzeniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” byłam przekonana, że film mi się nie podobał i że napiszę o nim niepochlebną recenzję. Ale już podczas rozmowy ze współtowarzyszami zaraz po filmie zauważyłam, że tak naprawdę wiele fragmentów do mnie przemówiło. A w przeciągu kilku dni po seansie, gdy kolejny raz wracały do mnie różne sceny z dzieła Wilczyńskiego, zaczęłam dochodzić do wniosku, że nie umiem jednoznacznie określić mojego stanowiska. I zrobiło się jeszcze ciekawiej. Ale od początku. „Zabij to i wyjedź z tego miasta” powstawało 14 lat, a światło dzienne ujrzało w roku 2019. I to chyba nie przypadek. Pandemia rozciągnęła przyjęcie filmu – swoją oficjalną premierę miał w lutym 2020 roku. Rzeczywistość pandemii, mimo że tak straszna i beznadziejna, wielu z nas nauczyła większej empatii i wrażliwości. A te dwie cechy są moim zdaniem niezbędne do odbioru „Zabij to i wyjedź z tego miasta”, tej dziwacznej, brzydkiej, porwanej animacji określanej mianem horroru. Faktycznie pewne cechy horroru da się w niej odnaleźć, ale dla mnie głównym horrorem była kreska Wilczyńskiego. Cóż mogę poradzić, że lubię rzeczy ładne. Tak mam i już. Stylistyka filmu była dla mnie absolutnie nie do zniesienia. Momentami miałam wrażenie, jakby autor szczycił się tą brzydotą, jakby starał się, żeby wszystko było jak najbardziej pokraczne. Być może tak było, być może po prostu Wilczyński taką ma kreskę i estetykę, ale zdecydowanie dla koncepcji filmu i dla snutej opowieści miało to sens. Ładną animacją zupełnie inaczej opowiadałoby się o kruchości i miałkości ludzkiego życia, o jego bezsensie, o przemijaniu i odchodzeniu miejsc i ludzi, o szarym, przyziemnym i jakże ciężkim dniu codziennym. Zgrabny i symetryczny rysunek byłby niewiarygodny dla historii osadzonej w peerelowskiej Łodzi. Łódź dzisiaj jest trudna, choć z każdym rokiem coraz lepsza, Łódź wtedy, jeśli wierzyć autorowi, była lekkim koszmarem. Ale tak naprawdę nie musi to być Łódź – miasto z „Zabij to i wyjedź z tego miasta” jest na tyle uniwersalne, że można by je dopasować do wielu miast z siecią tramwajową w Polsce. I tu chyba trafiamy w sedno tego dzieła – jego uniwersalizm. Jak na historię o określonych bohaterach i konkretnym mieście to aż dziwne, jak szeroko może docierać i do jak wielu różnych osób może trafiać. Co prawda, gdy podjęłam się dyskusji o filmie z mocno starszym ode mnie kinomanem usłyszałam, że jestem za młoda, by to zrozumieć. Za młoda, by zrozumieć codzienne przygnębienie, ból po utracie kogoś bliskiego, zmiany zachodzące dookoła mnie? Myślę, że dzieło Wilczyńskiego wymaga właśnie wspomnianej wcześniej przeze mnie empatii i wrażliwości. A może nawet czułości. To prawda, że nie wzruszają mnie głosy Krystyny Jandy czy Andrzeja Wajdy wcielających się w różne postaci czy też dawny, nieznany mi wizerunek miasta, które dziś jest zupełnie inne, a już tym bardziej nostalgia za młodością czy dorosłością w dziwnej polskiej rzeczywistości PRL-u i okresu transformacji. Za to zdecydowanie przemawia do mnie przygnębienie, czy nawet depresja głównego bohatera/autora, trudność w porozumieniu z odchodzącymi pokoleniami, cierpienie po stracie kogoś, 2 z kim nie dane było się nam pożegnać. Tu wrócę znów do wielkiej zalety i moim zdaniem przyczyny fenomenu filmu – jego uniwersalizmu wymieszanego z dziwaczną unikalnością. Żałość i kruchość ludzkiego życia wyzierają z każdej sceny dzieła, a cierpienie wynikające ze świadomości lub dojścia do świadomości tego buduje jego mroczny, depresyjny klimat. Pandemia, kryzys klimatyczny, kryzys uchodźczy, niepewność jutra, chore zawirowania polityczne to rzeczywistość, w jakiej każdy, nie tylko starszy, a być może przede wszystkim młody widz porusza się na co dzień. I to wszystko echem odbija się podczas oglądania filmu, który być może opowiada o czasach minionych, ale dotyka problemów wciąż aktualnych i ciągle narastających. „Zabij to i wyjedź z tego miasta” zapowiadałabym raczej jako impresję z elementami surrealizmu, niż horror. Choć może horrorem jest tu zwykłe, codzienne ludzkie zmęczenie i cierpienie, cykliczny znój każdego dnia wypełnionego kłótniami, zmaganiami z własnymi słabościami i słabościami innych, powtarzającymi się czynnościami nie pozostawiającymi nawet cienia nadziei na lepsze. W końcu, jak naszego bohatera głosem Andrzeja Wajdy podsumował Powstaniec: miły, ale dziwnie smutny. Tylko jaki ma być, gdy prowadzi nas przez nieodwracalnie minione, nieidealne dzieciństwo i młodość, przez miasto, którego już nie ma, a po drodze napotyka ważnych dla siebie ludzi, którzy odeszli na zawsze? W smutek Wilczyńskiego widz zanurza się całym sobą, bo nie ma innego wyboru, nie ma przestrzeni na oddech, na radość, na odpoczynek od bycia świadomym nieodłącznej, nieuniknionej, wszechobecnej śmierci. A wszystkiemu towarzyszy wybitna, przejmująca muzyka Tadeusza Nalepy i zespołu Breakout, która wciąga nas w tę matnię scenek rodzajowych z życia miasta, surrealistycznych wizji oraz rozmów, które się nigdy nie odbyły, choć powinny. Nie, zdecydowanie nie jestem na to wszystko za młoda, choć może chwilę dłużej zajęło mi zrozumienie, dlaczego ten film tak bardzo mnie zabolał. I dlaczego zostanie ze mną na dłużej, choć samego oglądania nie można zaliczyć do przyjemnych

 827 total views,  2 views today

Recenzja filmu „Niedosyt” Autorka: Agnieszka Michalak

„Niedosyt”  Agnieszka Michalak

18 dni na planie zdjęciowym w przypadku filmu pt. „ Niedosyt” wystarczy, aby przedstawić widzom przejmującą historię.

Film rozpoczyna się krwawą sceną uboju młodego baranka a drugi kadr pokazuje scenę degustacji pysznej jagnięciny podawanej na rodzinnej kolacji. Twórca scenariusza i reżyser w jednej osobie Carlo- Mirabella Davis stawia tym samym początkowe pytanie: „ Czy warto zgładzić siebie aby stać się smakowitym kąskiem dla innych?”

Pytanie Davisa wpisuje się w ogólny aspekt współczesnego modelu życia pod nazwą Konsumpcjonizmu, w związku z czym możemy postawić pytanie ogólne:

„ Mieć czy Być?”.

Carlo, pomimo, że jest to jego pełnometrażowy debiut, w perfekcyjny sposób dobiera środki artystycznego wyrazu, starając się zaintrygować widza i poruszyć jego emocjami. Nie można po filmie ot tak po prostu wyjść z kina nie zastanawiając się nad jego sednem.

Nie ma w tym dziele nic przypadkowego, każde ujęcie kamery oddaje klimat przeżyć głównej bohaterki. Grają tutaj nie tylko aktorzy, ale odpowiednio dobrane kolory, muzyka i plenery. Rolę Hunter powierzono Haley Bennett, która z wielkim kunsztem aktorskim w wyrazisty sposób potrafi nie tylko zainteresować widza swoją historią, ale też skłonić do refleksji.

Opowieść o niewykształconej dziewczynie, wychowanej w rolniczej niedużej  miejscowości, która na swojej drodze spotyka przystojnego bogatego mężczyznę i wychodzi za niego za mąż, jest niewątpliwie spełnieniem marzeń wielu kobiet. Ten popularny wątek, opisywany od wieków przez wielu twórców i bajkopisarzy, nie wydaje się w przypadku „ Niedosytu” czymś banalnym. Wręcz przeciwnie, nadaje tej historii wymiar jeszcze bardziej kontrowersyjny. Poruszany jest aspekt „ coś za coś” jakże szeroko obowiązujący w każdych czasach życia człowieka.

Hunter, po ślubie, zamieszkuje w podarowanym przez teściów, pięknym szklanym domu z basenem. Posiada mnóstwo dóbr materialnych niedostępnych dla większości społeczeństwa i ….. tutaj powinien być koniec opowieści pt. „ i żyli długo i szczęśliwie”.

Czy tak jest w przypadku Hunter? Piękny dom z basenem jest szerokim tłem do wyeksponowania jej tragedii.

Davis, pisząc scenariusz, buduje historię bohaterki w oparciu o jedną z chorób zespołu łaknienia zwaną PICA. Dobór choroby w tej opowieści posiada różne wymiary. Pokazuje, nie tylko jak stres, może być odreagowywano w sposób samookaleczenia poprzez połykanie niejadalnych przedmiotów, jak brak poczucia bezpieczeństwa i miłości może unicestwić człowieka, ale ma też w tym konkretnym przypadku, wymiar metafory.

Połykając niejadalne przedmioty można połknąć rozkruszony na kawałki szklany dom- własną bajkę, gdzie Hunter czuje się niedoskonała.

Zauważmy, że przypadłość głównej bohaterki w pierwszej fazie choroby, jest pokazana w scenie, kiedy Hunter przebywa z mężem i teściami na kolacji w wykwintnej restauracji. Jest zaproszona, aby uczcić jej zajście w ciążę. Teściowie są przekonani, że synowa obdarzy ich potomkiem, który będzie w przyszłości zarządzał rodzinną firmą i fortuna pozostanie w tych samych rękach. Bohaterka sięga tutaj do szklanki z lodem i z przyjemnością rozgryza kostki lodu. Dlaczego? Jest jedno chorobowe wyjaśnienie, ale twórca filmu wskazuje nam inną puentę.

W filmie obserwujemy bowiem historię zamkniętą bohaterki, dlatego początkowe wątki ewoluują, przechodząc różne etapy, aby domknąć się w finale opowieści. Możemy wówczas obserwować przemianę osobowościową głównej bohaterki poprzez pryzmat akcji filmu. Obserwacja jednostki uwikłanej w syndrom ofiary psychicznej, mającej dużo siły, żeby się z tego wyzwolić.

Patrząc na postawy uległości i dominacji w relacjach, kiedy cierpienie i strach miesza się z przyjemnością, zauważamy jak role mogą się nagle odwrócić. Jak cienka jest granica między strachem a przyjemnością, pomimo, że wektory tych stanów odpychają się.

Zakończenie filmu jest dla wielu zaskakujące. Odnosi się do współczesnego tematu aborcji, poruszanego w wielu krajach, w kontekście moralności człowieka.

W ostatnich scenach główna bohaterka łyka tabletki poronne. Czy to przypadek, że znów połykanie? Dla wielu będzie to bardzo naganne zachowanie, ale inni zobaczą w tym akcie, pozbycie się brzemienia związanego z etapem życia, o którym Hunter woli zapomnieć. Nie chce zostawiać niczego ( w tym przypadku nikogo) przypominającego jej bajkowe więzienie. Pragnie wejść czysta i wolna do kolejnego etapu życia. Z autopsji wie, jak czuje się dziecko poczęte z aktu przemocy fizycznej, która nie wiele różni się od przemocy psychicznej.

Historia przedstawiona przez Carlo- Mirabella Davisa pokazuje, że współczesna epoka nie potrzebuje już, od twórców kina, dużej ilości statystów, aktorów, wielu plenerów i długo trwających zdjęć aby pokazać wojnę-wewnętrzną walkę, przed jaką coraz częściej staje współczesny człowiek w obronie siebie.

Czyż osobisty wymiar wojny nie jest największą walką człowieka?

Walką o przetrwanie pełnowartościowej jednostki wzmocnionej akceptacją społeczną i bezwarunkową miłością- kluczowymi pozamaterialnymi wartościami, wzmacniającymi człowieka i będącymi spoiwem do budowania lepszego świata?

 

 1,177 total views,  3 views today